TYCHY na czwórkę (4)

Zaczynamy od video nieocenionego i najlepszego w fachu PROFORMAKA📹

https://youtu.be/15IabKo7_RE

Na czwarty Barbarian w tym roku jadę z nałożoną na siebie presją. Otóż miał to być mój czwarty4⃣ start w lidze, w której zająłem już dwa razy czwarte4⃣ miejsca. A jako, że do Wielkiej Ligi OCRowych Mistrzów liczy się osiem występów, ja zaliczonych miałbym tylko połowę, czyli cztery4⃣. Tak więc w kalkulacjach przedstartowych wyszło, że pasowałoby zająć miejsce ok. czwartego4⃣ (nie gorzej niż czternastego) ażeby jakkolwiek w tej lidze wyglądać, a co najważniejsze w Mistrzostwach Polski we Wrześniu wystartować.

Na Tychy przyjechaliśmy naszą czwórką4⃣ – Super Małżeństwo i jeszcze grzeczniejsze Urwisy. Oczywiście priorytetem jest start Młodych w Kidsach, a ja to przy okazji😀.

Pobudka o czwartej4⃣, dwie godziny jazdy i jesteśmy w Tychach. Pierwsze wrażenie okolic zalewu – miejsca bitwy – wywiera pozytywny zachwyt. Mało czasu na rozgrzewkę bo Wodzu plemienia Żądnych Adrenaliny robi sobie pogawędkę o trasie 20min przed startem. Ale co tam, siup do wody i lecimy w tłumie dzikich wieprzy. Na wstępie jakiś Czechosłowacki bydlak ściąga mnie z bara przy próbie wyprzedzenia go. OK, było bez kierunkowskazu i z prawej strony, ale żeby od razu wyrzucać biednego Piotrusia z trasy? Cóż, nakryłem sie nogami (zupełnie jakby moja ćwiczona od tygodni stabilizacja tułowia nie zafungowała (to takie słowacko czeskie określenie słowa „działać)), przywitałem się twarzą z sinicami, a moją złość i agresję do oddalającego się „barczastego barbarzyńcy” zamieniłem i usprawiedliwiłem sobie tłumaczeniem, że pewnie jestem takie lekkie piórko co go łatwo przewrócić to biegać będę szybko. I tak było. Goniłem i mijałem hołotę jak mogłem. Do wora. Z workiem jak nigdy nie wyprzedziłem nikogo. Oczywiście wymówka, że niefartowo wybrałem najcięższy i teraz mam przesrane. A w głowie cały czas FATALITY👹 umiejscowione tuż przed metą. Po worku krzoki, trawy i paprociany. Przed sobą długi czas atletyczna sylwetka Tomasza O. (oczy zawieszone na pięknie umięśnionej jego dupci:). W końcu Tomek O. znika. Ja zwalniam, albo on przyspiesza. Tak, on przyspiesza, ja nie umiem. Trzymam tempo dochodząc Tomasza D. (to ten wyjadacz z największym doświadczeniem). Razem czołgamy się pod siatką zwaną Anakondą. Potem znów trawska. Nogę złamałem z dwa razy, a skręciłem z sześć. Blisko mnie Robo z drużyny (to ten którego nie muszę przedstawiać). Rozdzielamy się by nie zamulić i się nie zagadać jak to bywało często w tym sezonie 😁. Biegnę swoje a tu za mną niecichy odgłos👟 niezgrabnych kroków. Nie wierzę. Objawienie sezonu Święty przegania mnie w 30stej minucie biegu – tak to ten mistrz przeszkód który podobno nie umie biegać. Trwa to jednak niedługo, Bartosz jak poraniony człapie z łapą w górze. Poddał się? No way. Ok, wiem… kolka. Przesadził. W lesie rozbiegamy się do stanowisk z deskami zawieszonymi pionowo. Nie pytajcie mnie jak się nazywa ta przeszkoda. Tam szybko… lecz tłukę kolano. Kuleje przez minutę. Zostawiam ból uzmysławiając sobie, że ja tutaj jestem się ścigać a nie narzekać. Rura do przodu i nur w rów🏊. Po wodzie z kilkoma glebami i poparzeniami pokrzyw zostawiam ekipę z tyłu. Z przodu znów widzę poślady Tomeczka O. Niedługo jednak cieszę się tym widokiem. Sam w dżungli zawieszam się myślami i gubię trasę dwa razy. Tracę tempo i czas, ale co tam. Nie tracę pozycji. Przelatuje Przemek S (Husar za którym przyznam że się stęskniłem) i jak zawsze pozytywny Zibo. Czy ja taki wolny? Nie to oni dziki biegania zadupcają. W międzyczasie struś pędziwiatr Mateo Krawiecki (w sumie to nie wiem w jakiej bandzie on teraz tańczy). Na lowrigu wszystkich tych dzikich dzikusów zostawiam doganiając czołówkę. Ale Seby, Hajnoska czy Kąkiego nie zobaczyłem ani razu na trasie. Biegają se sami z przodu, rozbiegane🏃 skurczybyki. Nawet kurz po nich nie został. We łbie i przed oczyma nonstop straszne FATALITY💀. Wreszcie ukazują się przeszkody. Zesrany jestem strasznie😱 (uraz po Danii) ale pewnie uderzam. Nigdzie nie spadam. Rodzinka dodaje kopa. Dochodząc do FATALITY widzę dwóch Xsów gramolących się po siatce i na kołkownicy. Skupiony na sobie słyszę tylko Nikodema krzyczącego do mamy „Tata tutaj nie da rady”! Więc spaść nie mogłem. Poszło gładko. FATALITY przegrało. Ja wygrałem 4miejsce. Szczęśliwy. Niezbyt zmęczony (czytaj. niewycieńczony). Sprawdza się powiedzenie ‚wiecej krwi na treningu, to mniej w zawodach’. A trenuje intensywnie i rzetelnie wg. narzuconego planu rehpit.pl

Następnie kilka fotek do aparatów, słów do mikrofonów i zadowolony lecę wspierać duchem, słowem i doświadczeniem tych co „ugrzęźli” na przeszkodach.

Po tej bieganinie w trawach standardowo wstrząs anafilaktyczny, podkurwienie i nieprzespana noc😁

… a tak sobie myśle, że ta czwórka 4⃣ bez kreski to bardzo podobna do jedynki 1⃣ jest👍👊👍

…tego posta piszę w przerwach między seriami w Dexterku, skąd Was serdecznie pozdrawiam👋👋

Jedna uwaga do wpisu “TYCHY na czwórkę (4)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.