Duety, dublety… i setka przed metą

PO WYGRANIU RUNMAGEDDONÓW

RMG KRK był w moim planie od dawna – zarówno treningowym jak i mentalnym.

Cele wyznaczone:

fizjologicznie – zrobić dwa mocne biegi

mentalnie – być w czubie i zrobić dobrze przeszkody

Choć te łatwe nie były. RMG zaskoczył. Po półrocznej przerwie w tej formule (od zwycięstwa na Wierchomli) przeszkody wzbudziły we mnie respekt i niepokój, zwłaszcza gdy przed samym startem razem ze Śmietanką tego sportu obczajaliśmy dechy z chwytami wspinaczkowymi.

W sobotę na Kryspinowie zjawiamy się w duecie z Robem by pogonić tą husarską watahę. A zadanie łatwe nie było bo zarówno Husaria jak i Wataha mocnych cwaniaczków posiadała. Ja po wielu błędach na trasie (skośna, równoważnia, pomyłka trasy) mogłem tylko oglądać plecy zapierdalaczy biegaczy. Na odległość wzroku, ale wciąż daleko… dzięki triathlonowym skillsom przydatnym w wodzie, której trochu na trasie było przypinam się do grupki walczącej o drugie i trzecie podium – bo Seba poza poza zasięgiem, już pewnie na mecie browara spija i podkład na wesele robi🍺😁… a tu zdziwko… Ten Xrunnerski wyjadacz modli się i męczy na Pole Dance’ie. Pokazuje jemu jak i reszcie jak to się robi i zjeżdżam w dół. Szybko by przed zapowiadanym deszczem zdążyć. Mnie się udaje. Pozostałych na „latającym” dorwał (dwa drążki do przeskoku w odległości 180cm). Na spokoju, choć ze zdziwieniem dopływam do mety… wygrywam REKRUTA.

I co tu dalej czynić? Główny dystans 13km (bo w nim teoretycznie czuję się lepiej) jest w niedzielę. A chcąc być lepszy w classicu (mowa o podejściu wynikowym, nie zadaniowym) niż w Rekrucie trza znów wygrać. A przecież takie rzeczy tylko w erze📱, i na pewno nie mojej😁. OK. Postanowione. Jutro znów pasuje być w czubie (to po mojemu around Top5). Stawiam na regenerację. Czyli zero alco, dobre żarcie i lekki ruch. I to się udało. Suple mocy💊💊 popołudniowy obiadek 🍲 u Michała, odchamienie się w Muzeum Narodowym🎨, szlifek po krakowskim ryneczku, pyszna pizzunia🍕, filmik📺 i spanko😴😴😴. Wszystko w towarzystwie Bunii (mojej obecnej i jak dotąd jedynej żony). Bez dzieciaków rozrabiaków.

Rano śniadanko, odbiór pakietu, nastawienie głowy na zimno i daweeeej do wody! Tym razem w teamowym duecie z Dawidem. A jednocześnie moim największym rywalem na tych zawodach. Marcin przy microphonie oznajmia, że kończy karierę, ja ryczę 😥, ogarniam się po chwili, biorę wora i wyrywam do przodu. Pamiętając słynne Pabianice i efekt Mpemby zaczynam bardzo spokojnie. Wydaje mi się że reszta też na luzie to robi. Po pierwszym kilometrze już karty rozdane. Hajnos, Fajfer i Ja. Hajnos mknie do przodu i znika. Już tylko Fajfer i ja. On lepszy biegowo, ja błotowo, bo tam i na przeszkodach go robię. Przy jednej z przeszkód w połowie trasy słyszę ostre, głośne klnięcie dobiegające z okolic „skośnej”. Po około minucie dobiegam do niej i już wiem o co chodzi. Tam Dawid wrzeszczy nie mogąc na nią wbiec. To ja pytam grzecznie czy tutaj kończymy zawody? Bo jak Hajnos z tym się męczy to ja tego na pewno nie zrobię. Tym bardziej że na suchej dzień wcześniej dopiero w trzeciej próbie się udało. Po chwili już wszyscy razem z Fajferem mruczeliśmy „kurwa, nie do zrobienia!” Na litość sędziów. Że może boczkiem, że może pomożemy sobie – ni chuja, nieugięci. Konsternacja. Dłuuugi rozbieg. Now or never! Jest. Trzymam. Nie puszczam. Zlatuje z drugiej strony. Powodzenia dla chłopaków i spieprzam. W oddali jeszcze długo słyszę wrzaski porażki po nieudanych próbach. A co u mnie? Uciekam, ile mogę cisnę. Ale dużo nie mogę. Wczorajszy bieg daje się we znaki. Zmęczony. Skupiony… na rękawiczkach, które raz trzymam „na potem” w łapie raz chowam do jajek. Propo jajek to jedno przygniecione przez własne ciało na przeszkodzie przypominającej przeszkodę dla koni. Na chwilę odniechciewa się wszystkiego. Ale we łbie grzmi aż by się nie poddawać. Ciężko uciekać. Chyba wolę gonić. Wolnym tempem, ale z kontrolą przedostaje się na arenę z przeszkodami. Tam cisza. Ludzie pochowani przed deszczem. Sędziowie jeszcze śpią. A ja nauczony doświadczeniem dnia poprzedniego, z wielką pokorą i ostrożnością zabieram się do przeszkód. Po latającym już wiem że nic nie odbierze mi wygranej. W oponeo ciężko się przepycha, ale w końcu rodzę się z drugiej strony. Chlup pod mostek i nura do mety. Setka zmiennym jak to nazwała Paulina i wychodzę po medal. Wygrywam CLASSICA. Za mną dobiega Dawid, który zdążył wyprzedzić z dziesięciu po przygodzie na „skośnej”. Gorący Potok rządzi.

Robię to… mam to… Dublet. Dwie wygrane w weekendzie. W każdej utarłem nosa jednemu z największych Dzików polskiego OCR. Nie dlatego, że byłem od nich szybszy. Bo nie byłem. Nie dlatego, że byłem od nich silniejszy, bo nie jestem. Dlatego, że miałem sposób na dwie przeszkody, na których oni tego nie mieli. Nie wiem czemu to zawdzięczać. Fartowi? Otwartej głowie? Doświadczeniu? I really don’t know! Nazwijcie to jakoś 😋

Jedna uwaga do wpisu “Duety, dublety… i setka przed metą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.