OCRane Mistrzostwa Polski

Mijają dokładnie dwie doby od zakończenia OCRowego święta jakim były Mistrzostwa Polski. Takie prawdziwe, nie samozwańcze zawody, które do tej pory tak nazywano pod koniec sezonu. I choć miałem przyjemność wygrać takie zawody w jesień 2016, to te zeszłotygodniowe w Gdyni, w Kolibkach uznaję za najlepsze z najlepszych. Nie dlatego, że organizacja czy teren, czy pogoda… Wyjątkowość tych zawodów stworzył fakt, głoszony od dłuższego czasu, że będzie to starcie najlepszych z najlepszych (best of the best). Spowodowało to z pewnością w większości (jeśli nie u wszystkich) zapalonych przeszkodowców poczucie i chęć przygotowania się jak najlepiej do tej konfrontacji. U mnie również. Rzetelne wykonywanie założonych treningów, realizacja ustalonego planu, praca nad słabszymi cechami, utrzymanie tych silnych, stopniowa gradacja priorytetów, czyli im bliżej mistrzostw tym w głowie większy focus tylko na nie. Oszukiwanie, że niby nie zależy, a zależy jak cholera. Poświęcenie – energii i czasu na trening, czarowanie, że praca i obowiązki do zrobienia, a w głowie tylko wykonanie planu. Przebywanie z rodziną, dziećmi, a głowa w chmurze Mistrzostw Polski. Dużo włożonej pracy, a to wywiera dodatkowy stres ( trochę siedzę w sporcie i tę zależność znam – im więcej włożonej roboty tym większa presja). Dzień, noc przed startem, posranie i skupienie by wszystko było jak ma być – ilość zjedzonych węgli, ilość spożytkowanej energii – wszystko ma się zgadzać. Rano sraka, niby udawanie przed innymi, że luz, że spoko… a prawda taka, że liczy się tylko to… i to jest w tym momencie najważniejsze.

I tą srakę było czuć w Kolibkach. Każdy w presji, bo wykonał kawał roboty. I chce to sprzedać. Chce się pokazać. Chce sobie i innym udowodnić. Chce zabłysnąć. Niby faworytów mamy, znamy… ale nadzieja. Że może to ten dzień… może to mój dzień. Dyspozycja dnia ważna. Jedne zawody. Wiadomy system. Nie trzeba być najlepszym, a Mistrzostwo Polski wygrać można. Bywało tak. Historia to potwierdza.

Pierwszy dzień. 15km. Dla wielu dystans główny. I jedyny, na który się zgłasza. Po workach i tej jedynej czołówka ustalona. Po low rigu ewidentnie widać kto biegowo rządzi. Do szpulek. Tam w amoku, rywalizacji niczym lemingi wpatrzeni tylko w plecy gościa z przodu gnamy do przodu. Bez zważania gdzie trasa. Uległbym pewnie temu samemu wrażeniu gdyby nie fakt, że w przeddzień odbywam w tej okolicy romantyczny spacer z Bunią i cos mi nie gra. Drę mordę przed siebie „Ej, nie tamtędy!” Dwóch wraca. Na Fatality pusto. Nie ma czołówki ja pierwszy. Pojebali trasę ale zaraz wrócą. Nie wrócili. Męcze Fatality. Wyprzedza Bartek Święty. Ucieka. Robię chomika i latającego, doganiam Świętego. Luźny bieg z kontrolą i konwersacją. Robimy North Pole. I po nim zostawiam Bartka i spółkę. Dużo biegu przed nami. Uciekam. Nie lubię. Ale zyskuję. Robie przewagę. Szukam wody. Każda kropla. Nie ma. Za to skurcze są. I głowa głupieje. Wbiegam na arenę. Wiem że pierwszy,choć spiker pieprzy inaczej. Wiem o dyskwalce kolegów. Nikogo nie gonię. Uciekam. A to złe. Ostatnia przeszkoda. Spadam na siatce. Trzy razy. Nie wiem jak ją zrobić. Głowa głupia. Metę widać. Przelatuje Chuck Norris. Wygrywa. Święty, od strzała. Robię siatkę. Ale gorsze przede mną. Ostatnia sekcja. Nie do przejścia dla mnie bez odpoczynku. Jaca kończy zamykając podium. W głowie shit. 15km zapierdalania, by tutaj polegnąć. Masakra. Psycha zmiażdżona. Mistrzostwo Polski koło nosa. Raku pomaga. Kończę z medalem za udział i brązem w kategorii A idź pan w chuj z takimi zawodami! Żal… ale do kogo? Kogo obwiniać? Tylko siebie. Bo przecież trasiak fajny, przeszkody też. Odwodnienie. Powód przegranej.

Mijają minuty, godziny. Widzę co się dzieje. Na ostatnich przeszkodach. Dramat. Dramat ludzi, którzy włożyli wiele, ale wyciągnąć nie mogą. Zibo, Danielkiewicz. Mikrut. Scyzory. Serce się kraje. Robo się chwieje. Nie jest sobą. Tarka przelatuje tylko jakby się chłop nie zmęczył. Reszta pada. Padają jak muchy. Jest niedosyt. U mnie i u większości. Tak nie będzie. Startujemy jutro. Ja i reszta podobnie. Mamy sobie coś do udowodnienia.

II dzień. 5km. Niby mniejsza konkurencja, mniejszy prestiż. Gówno prawda. Wszyscy na starcie. Zderminowani. Nastawieni na walkę. Obolali. Zmęczeni. Lecimy. Adrenalina robi swoje. Ból znika. Jest rywalka. FATALITY i CHOMIK z LATAJĄCYM zbiera żniwo. Ja przechodzę. Jestem w czubie. Walczę o medal. Ostatnia przeszkoda. Podium otwarte. Dla mnie i Gregora. Chce wygrać ale spadam. Nie zasługuje. Życzę dobrze rywalowi. Bo go kurde lubię. Spada. Trza odczekać. Pojawia się Macho. Czekamy na Norrisa. Bandi zamiata, zabiera medal. Finisz mega! Niczym końcówka Rocky’ego II. Rocky (Bandosz) minimalnie szybciej podnosi się, Apollo (Piter) również, ale po dzwonku, gongu. Czwarte miejsce. Niby najgorsze. Ale wolę niż piąte. Złoto w kategorii.

Mistrzostwa to już przeszłość… ale z wielkim wpływem na przyszłość tego sportu. I’m glad I was a part of it.

Nie muszę dodawać, że Podhalańskie Dziki Gorący Potok Team pokazali klasę w Gdyni?

Koniecznie do obejrzenia video z Mistrzostw by Proformak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.