Road to World Champion(ship)

LONDON 19/10/2018

Short Course 3K Age Group M30-39

Moja droga do Mistrzostw Świata i uzyskania na nich Mistrzostwa w kategorii nie była usłana różami🌹 Powiedziałbym, że bardziej kolcami na ich łodygach🌵. Ale chyba nikomu to łatwo nie przychodzi. Oczywiście jednych kosztuje to mniej, innych więcej , w zależności od talentu, dyscypliny, ilości konkurencji, niemniej jednak wszyscy poświęcają coś lub kogoś, dostarczając sobie lub innym cierpienia. To jest sport. Jak już wiele razy pisałem; piękny i okrutny (Beaty&Brutal).

Zdaję sobie sprawę, że Mistrzostwa w Londynie były dużym celem dla wszystkich OCRowców. Tak i dla mnie. Po duńskiej masakrze na Mistrzostwach Europy i wyciągnięciu mnóstwa wniosków, chciałem się odkuć. Po drodze było kilka wyznaczonych mniejszych pointów jak Mistrzostwa Polski, ale to na London skierowane zostały wszystkie działa, które ładowane były pociskami energii. Z czasem coraz mniejszą ich dawką, czasem strzelane nawet „ślepakami” – jak to było po Gdyni (czytaj post „(bez)sens sportowania”) kiedy fizycznie i psychicznie osiągnąłem stan totalnego upodlenia.

Niby z planem tygodniowego restu od treningu i rozpoczęcia kolejnego wyostrzania to jednak znużony i znudzony bez wyobraźni i motywacji do jego realizacji. Coś się stać musiało. I to coś się stanęło. Na odpowiedź od losu i od mojego ciała na zafundowanie mu totalnego wpierdolu w Gdyni czekałem nieco ponad tydzień.

W Brazylii. W Rio. Na zgrupowaniu z kajakarzami. Zaczęło się od bólu szyi i ramienia promieniującego po dermatomie do prawej dłoni. Do tego uczucie ugryzienia i ciągłe szukanie miesjsca wlotu nieistniejącego kleszcza lub innego pasożyta, który mógł mnie zainfekować jakimś paskudztwem brazylijskiej dżungli. Po trzech dniach wysypka i swędzenie w tych miejscach zmartwily mnie już poważniej. Potrzebna była konsultacja uroczej Pani Doktor w pobliskim szpitalu. Diagnoza: wirus. Przypominający półpasiec, nietypowy. No ale co we mnie jest typowego😉

Jak to informują doniesienia naukowe Półpasiec atakuje wirusem ospy organizm, który jest skrajnie wyczerpany i w obniżonej odporności. Nie miałem wątpliwości. A zmiana stref czasowych i dowalenie długą deprywacją snu musiało to sprawić.

I co wtedy? Rewolucja. To się porobiło. Bez szans kontynuowania dobrze prosperujacego i działającego planu. Głowa, choć niełatwo, musiała przyjąć fakt, że lipa z trenowaniem. Lipa wogóle. Ja? Taki twardziel i uziemiony, zastopowany, zatrzymany przez wirusa. Kurwa mać!!! Odpuszczenie aktywności na kilka dni… ale tak się nie da. Głowa chce, ciało nie może. Decyduje trenować minimalistyczne. Mało, ale trenuje, potem cierpię. Ale tak już musi być. Poświęcenie. Ale i głupota. Troska o swoje i innych zdrowie pozwala w czasie bezczynności dużo zrozumieć. Że to coś więcej. Głębiej. To przesłanie od losu, od wewnętrznego zarządcy żeby zwolnić. Zmniejszyć obroty. Nieraz próbował, teraz mu się udało.

Robiąc ile się da, ucinając co się da stwarzam sobie trenowanie jak nigdy. Krótko, do granic – bez ich przekraczania. Bilety są na Londyn, to jadę. Bez szału z nastawieniem. Znudzony, ale już nie taki zmęczony pakuję się i fruuu… . W przedweekend jeszcze Cracovie Półmaraton zaliczam. I o dziwo całkiem nieźle. Przegrywając challenge’a z Tomkiem Kowalczykiem, ale happy anyway. Wtorek jeszcze siłka, a w środę interwały na przepalenie.

W myśl zasady którą wyznaje, że im mniej włożonej pracy w trening to mniejsza presja przedstartowa przylatuje w czwartek do Londynu. Głowa pełna rodzinnych spraw nie skupia się na zawodach. Razem z moją Gorącopotokową ekipą ogarniamy pakiety i obczajamy trasę. Podoba mi się. Bo tak wyobrażałem sobie kiedyś biegi z przeszkodami zanim pojawiły się combosy i kultowanie przeszkód nie do przejścia, aczkolwiek byłem zaskoczony, że OCRWC postawili na taką łatwość. Ja, Gorący Potok i myślę że wszyscy Polacy byliśmy „nadprzygotowani” jak chodzi o przeszkody

Wczesnym rankiem przy obchodzie trasiaka dowiaduję się, że jest jeszcze łatwiej. Ale też zauważam, że jest mokro i mroźno na przeszkodach. Tak więc nie pcham się do pierwszych fal czekając aż zawodnicy i słońce zrobią swoje. Wystartowałem w losowej fali (ok. dziesiąta może jedenasta) ze śmiesznym obnażonym Amerykańcem i bardziej poważnym nowopoznanym frendem Scyzorem Danielem. Zaczęliśmy jak zawsze zaczynam, po worku już pierwsi doganiając innych z innych fal. Dolatuje do caterpillar’a a tam zonk. I to wielki. Nie wierzę. Korek. Ludzie czekają na rurki. Na Mistrzostwach Świata! What tha fuck!?! I to samo krzyczę. I też po polsku. Rozczarowanie totalne. Żal. Pojawiają się wyrzuty, że nie wybrałem PRO, bo tam pewnie tego by nie było. W głowie myśl, że już posprzątane. Ale jak tylko dostałem rury to myślałem że je skręce. Agresja na maxa. To powoduje że podobno kładę „nożną rurkę” kilka centymetrów dalej, ale nieświadomie. Przekazuje je kolejnym i zapierdalam do innych przeszkód. Na pełnej. Na wkurwie – sorry za wulgarność ale takie emocje były – i właśnie te emocje przyspieszyły mój zad. Biegłem i przeszkodowałem na 100%… nie oszczędzając nic… czyli z ryzykiem. Podjąłem go i zyskałem. Wygrałem. Choć na mecie było raczej uczucie rozpaczy po „trafficu” niż euforii ze zwycięstwa, o którym stopniowo dowiadywałem się od ludzi. Co jakiś czas przez najbliższe godziny patrzyłem na monitor gdzie widniałem jako winner z 38śmio sekundową przewagą. Tak pozostało. Szok. Na trasie, która trwała 20minut takie rzeczy. Jak to Radek mówi ‚ludzie tak nie robią’. Dlatego wyrażam wdzięczność siłom wyższym, które to sprawiły. Które uśmiechnęły się szczęściem tym razem do mnie. Którego tak mi brakowało w sezonie zbierając tyle „czwórek”, zdzierając tyle skóry na Me, oddając medale MP na ostatnich metrach. Mistrzostwa Świata oddały. Dziękuję. Teraz rozumiem po co były te próby. Wszystko już rozumiem.

Jak pomogłem szczęściu?

W przygotowaniach:

– miałem superplan treningowo – startowy (naturalnie zmodyfikowany przez kolegę Półpaśćca😀)

– prowadziłem się dobrze i żarłem dobrze

– dbałem o odporność unikając niepotrzebnych infekcji

W dniu startowym:

– analizując dokładnie trasę nawet do ostatnich minut przed startem

– wybierając dalszą falę startu

– podejmując ryzyko

– utrzymując rutynę przedstartową (jedzenie, picie, rozgrzewka)

– wierząc w siebie

W moich odczuciach sam start i wygranie kategorii nie było mega trudne (tzn. nie zajechałem się do odcięcia) . Natomiast przygotowania do tych Mistrzostw i sezon były giga trudne. I tak teraz patrząc na motto wiszącego w moim gabinecie kalendarza stwierdzam, że tylko rodzina zna tą cenę.

P.S. Ten post opisuje sposób w jaki udało mi się wygrać kategorię wiekową w Londynie. Inaczej mówiąc „odkozaczam” się jeśli ktoś przykleja mi łatkę najlepszego OCRowca na tym dystansie. Z pewnością tak nie jest. Jest wielu lepszych i szybszych ode mnie. A to że postanowiłem wystartować w age groupie było moja świadomą decyzją (choć decyzja ta jest w pewnym sensie pójściem na łatwiznę) i rozsądnym posunięciem, gdyż nie czuję się na siłach (czytaj jestem za stary:) by ścigać się z młodszymi w grupie PRO. Decyzji tej nie żałuję, gdyż jak przewidywałem moja grupa była mega mocno obstawiona blisko 400 najtwardszymi ponadtrzydziestolatkami na globie🌏 co pozwoliło mi poczuć rywalkę na wysokim poziomie, którą tak uwielbiam.
VIDEO Way to Gold Medal

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.