Gór(ol)skie rozwiązywanie problemów 🚴‍♀️⛰️🏃‍♂️

Myślę, że w każdym człowieku jest ten żałosny nawyk pokazania siebie lepszego niż się jest. Dodania sobie. Chęć pochwalenia się czymś. Coś co w dzieciństwie łatwo nazwać było „popisywaniem się”. To ludzkie. I tłumaczę sobie, że normalne dla naszego gatunku. Ja jednak pisząc co teraz mam w głowie, zachowam się jak nie człowiek. Nie chcę, by mój wywód wywarł w Tobie uczucie zazdrości, porównywania się, czy jakiekolwiek z tej kategorii. Moje chęci są raczej odwrotne. Bardziej motywujące do działania i zaprzestania tak powszechnego narzekania. Rozumiawszy różność w odbiorze pewnych informacji zdaje sobie sprawę, że możesz tego nie przetworzyc i zrozumieć w ten sposób. Proszę wtedy o uruchomienie w sobie empatii i pokładów współczucia do mojej biednej i psychicznie choro od endorfin uzależnionej osoby. To zaakceptuje. Zazdrości nie. By ukazać, że poza lansowaniem się w mediach społecznościowych moimi mega super osiągnięciami sportowymi i życiowymi (nie czytaj sukcesami) mam mnóstwo problemów i dylematów życiowych. Jak Ty. Często borykam się z sytuacjami, gdzie po rozwiązaniu jednego problemu pojawiają się dwa następne. Cały czas staję przed drogowskazem ⬅️DECYZJA A ➡️DECYZJA B. Podobnie jak Ty i każdy. Żeby nie doszło za chwilę do zbiorowego narzekania, już to przerywam. Wrzucam na tapetę sprawdzoną przeze mnie metodę: słówko PROBLEM zamieniam na WYZWANIE. W innym powszechnie rozpoznawalnym języku brzmi ono, dosyć często stosowane ostatnimi czasy CHALLENGE. Nie mówię tu o akcjach fbookowych typu ściganie się z Krzystyniakiem czy inne rywalki. Mam na myśli wyzwanie, które bez względu na zakończenie spowoduje u nas rozwój i idące za tym poczucie zadowolenia. A że stopień trudności zdobycia z siebie zadowolenia rośnie proporcjonalnie do posiadanych ambicji, łatwe to może nie być. Ale jeśli sposób ADHD na reset głowy, odkorowanie jej, zrobienie miejsca na dostrzeżenie pozytywów każdego probl….tzn. wyzwania okaże się pomocny choć dla jednej osóbki, to ja będę bardzo zadowolony. Żeby lepiej to zobrazować (bardziej zliterować) posłużę się wyciętym dniem z mojego życia na zgrupowaniu sportowym (plus kawałek wieczora poprzedzającego).

DECYZJE

Zacznę od stwierdzenia, że decyzje to nieodzowna częśc naszej egzystencji. Zawsze jakieś podejmujemy. Czy skręcić w tą czy w tamtą drogę? Czy jechać czy iść? Czy iść czy biec? Czy walczyć czy uciekać? Czy ten zegarek czy inny? Czy pracować czy czas marnować? I zawsze ich podjęcie ma konsekwencje. Z pewnych jesteśmy (będziemy) zadowoleni, z innych nie. One warunkują osiągnięcie sukcesu. Na który składa się mnóstwo porażek – które też są wynikiem decyzji. A czemu ja o tym? Już gadam.

W przeddzień tej pięknie zaplanowanej soboty odbyły się wybory do władz Klubu Sportowego z którym jestem związany od… zawsze. Świadoma, dobra decyzja o zaprzestaniu tam pracy jako trener w przeszłości, teraz ma być podjęta (przeze mnie i poparta przez wyborców) by tam wrócić w roli działacza. To zaprzątało moją głowę, którą chciałem wywietrzyć dnia następnego .

Wybór Prezesa wyczekiwany przez większość niczym wybranie papieża, w późnych godzinach wieczornych ogłoszony. Ale na watykański biały dym (moje losy) już się nie doczekałem. Przyciąłem komara. Rano poinformowany, że jestem członkiem (nie czytaj chujem:) zarządu. A więc stres. Kortyzol w górę🔺. Ludzie na mnie liczą. Obdarowują zaufaniem, a przy tym jeszcze większym stresem. Może moje decyzje komuś pomogą, ale także kogoś wkurzą. Nie spełnię oczekiwań innych, ale też nikomu nic nie obiecuję. Więc jeśli nie obiecuję, to się nie stresuję. Hihi, czysta teoria. Wiemy, że jest inaczej. Trza coś poukładać w głowie. A to jak zawsze najlepiej gdzie? Jak najwyżej. To wio w góry. Nie byle jakie. Pireneje. Francuskie.

Trasa zaklepana. Plan ustalony. Ma być długo. Dojazd do gór na rowerze. Przepinka na buty. Zaliczenie szczytu. Powrót na rowerze. Intensywności ustalone pod rozmyślania i planowania… czyli nie dalej niż trzecia strefa (teoria tutaj ). Łeb ciężki. Tydzień zgrupowania nie pozbył jeszcze spraw i problemów przywiezionych z Polski, a tu pojawiają się nowe. Wchodzi ciężkie śniadanie (chodzi o wagę, strawność jest lekka) – patrz zielone focio. Bo chyba już wspominałem, że w zielonym moc? No to potwierdzam.

Poranki chłodne, a tu trzeba przecinać powietrze. Zbroja ubrana. W kolorze najbardziej męskim ze wszystkich kolorów ziemi – rażący różowy róż. Pozdrawiam przy okazji z różowym uśmiechem przesympatycznego Pana Piotra z firmy Profil:). Bike wyposażony dobrze, tj. narzędzia przygotowane, koła napompowane, bidony zatankowane, niezbędniki w plecak poupychane, nuty zaapkowane, słuchawki do uszu powkładane, ne, ne i ne. Wszystko gotowe. Przyzwolenie od współpracowników i podopiecznych uzyskane – trudności nie było. Zrozumiane jako „Jedź już Piotrze, byle na długo bo odpocząć od Ciebie trzeba”. Iiiiihhhaaaa!!! Poszły konie po betonie! A raczej Dzik na koniu, a mówiąc prawdziwiej amator na szosówce – bo wśród francuskich cyklistów, którzy kończyli trening gdy ja zaczynałem – a wciąż przed południem to było – prosem nie jestem. Tym bardziej, że długo tego nie robiłem. Ale też długo mi nie trza było, by sobie przypomnieć jak to się robi. Jakie to przyjemne było. Co się czuło, ach! aż serduszko zakłuło. Zachwyt. I love it❣️🚴‍♀️. W tym tygodniu już to o skiturach rzekłem⛷️. Cóż, romantyk jestem. I kocham co mi wolność daje, głowe w chmury wsadza, a endorfina żyły rozsadza. Dość już może rymowania, czas do puenty tego czytania… i tutaj Czytelniku, chwila może być rozczarowania:) Otóż, takowej może tu nie być. Bo czy piosenka zawsze ma posiadać sens?

Zabrnąłeś aż dotąd. I tutaj decyzja Twoja; Czytasz dalej i szukasz co ADHD ma w głowie, czy przerywasz i wracasz do Matrixa, bo tam czas ucieka i na pewno trzeba go na coś spożytkować. A na pewno już nie na baśnie o Pirenejach…

Ooo, fajnie, że jesteś jeszcze. Zabieram Cię w swoją podróż. Na Meridzie. Siedzisz na ramie🚴‍♂️

Pau (south of France) jest miejscowością kojarzącą się z kajakarstwem i kolarstwem. Jest tutaj główna baza kajakowa z rozgrywanymi mistrzostwami a także przystanek kończący/rozpoczynający etap Tour de France. Tak więc często i gęsto jest tu krzyczane ALLE ALLE ALLE dopingujące sportowców. ALLEż mi się to podoba!

Ruszam. Tempo żadne. Przeszkadzajki w postaci wystawiania łapek do innych cyklistów oraz piękne widoki gór przed sobą nie ułatwiają skupienia. Chciałoby się przycisnąć na pedały i ruszyć z kopyta (taki nawyk). Ale nie. Ja już nie ten sam Piotr. Mam być pokorniejszy i spokojniejszy w sprawach treningowych. Częste głoszenie tego tematu w ostatnim czasie motywuje mnie by pilnować tętna. A wskazuje go nowy gadżet. Pewnie wspomnę o nim później. Na jednym z viewpointów wykorzystuje spotkanego nowopoznanego cykliste Francesco do zrobienia foci.

Krótka konversacja i zapytanie o drogę, z której dowiaduję się, że to były volleybolista czyli siatkarz po naszemu. Ja udając pośpiech rzuciłem tylko że ja były kajakarz i pojechałem. Uciekłem od niełatwości tłumaczenia i określenia jaki ja właściwie sport uprawiam. Jadę dalej. Dzwonię. Do ważnych osób. Najpierw Bunia. Do Bunii nagrywam wiadomość. A to dlatego, że monologii wychodzą nam lepiej niż dialogii😉. Podekscytowany planami zmiany podejścia i zwiększenia cierpliwości w wychowywaniu naszych dwóch rozbójników, chce się podzielić swoimi postanowieniami. Nie wzięło się to z niczego. Polecona przez małżonkę (muszę ją tylko namówić do przeczytania jej:) książka zrobiła swoje. Dotarła do mnie. Za to jestem Ci bardzo wdzięczny Gosiu. I Jasper Tobie też. Rozumiesz chyba, że ją polecam?

Telefoniczne pogawędki przerywa coś. Coś długiego, wąskiego, pełzającego po asfalcie, przypominającego stonogę. A, że Klaudia z teamu100 wspominała o nieciekawym filmie o tytule podobnym, zatrzymuję się. Robię fotosa. Dla dzieci. Tylko jak im wytłumaczyć co to jest? Have no idea.

To coś nowego. Lubię takie rzeczy dostrzegać. Czuję się farciarzem wtedy, który takich w Matrixie miejskim nie spotyka. 1h45min na zegarku. 35km zrobione. Miejscowość znana tylko mi. Znajdują się tu dwie knajpki z których jedna zamknięta od południa, a druga pięć minut później. Parkuję w tej drugiej. Szatnia na zewnątrz, ale nigdy nie miałem z tym problemu. Buty biegowe ubrane. Bo jak już je wiozłem na plerach tyle czasu to pasuje skorzystać. Merida , której obiecane spotkać się za godzinę, przypięta obrożą.

Cel wyznaczony:

Ten niewinnie wyglądający pagórek w tle tych górskich faveli, okazuje się 1300metrową górą, do zdobycia której musiałem wbiec… no dobra, w większości wejść 800m w pionie. I łatwe to nie było. Ładuje dwie tablety owoców przykitrane w kieszeni i jazda w górę.

W międzyczasie focie i filmiki motywacyjne dla członków (nie pisiorów) z mojej podhalańsko- kieleckiej ekipy. Docieram na szczyt. Półprofesjonalna sesja zdjęciowa, która nie pozwala mi w pełni dostrzec piękna gór i nacieszyć się nimi tak jak chcę. Zbiegam. Trzecia godzina pracy minęła a ja o dziwo nie czuję klasycznie głodu. Nie wiem jak, ale pikatony 💊JuicePlus💊 działają.

DYLEMAT

Tu mam chwilę, a właściwie to podczas zbiegania porozkminiać nad zegarkiem, którego zmieniłem i sprawiłem sobie przed wyjazdem.

Znany wszystkim, nienowy V800. I przypuszczam, że liczysz na moją opinię, wytknięcie wad, ukazanie plusów, ale zachowam się znów nieludzko i tego nie zrobię. Nie będę oceniał jak to humanitość lubi robić. Bo to tylko moja subiektywna ocena by była a nie chciałbym by się ktoś przez to rozzłościł albo ktoś inny podjarał. Jest w każdym bądź razie inny od mojego Ambit’a a to w tym momencie najważniejsza cecha dla mnie. Bo ja tej inności właśnie teraz potrzebuje. Widzisz, nie można mi ufać w ocenie produktów, hihi. Fakt jednak, że jako nieświeżak w temacie monitoringu HR używałem już kilka takich wynalazków, a ten wciąż jest u mnie na nadgarstku, daje pewne wnioski tym inteligentniejszym. A dodatki w postaci wibracji i stuku puku w ekran dodają plusików. Dylemat rozwiązany.

Dobiegam. Dwukół czeka wiernie. Knajpa zamknięta. Z zupy nici. Ale to nic. Dobrze, że z fontanny leje się woda. A Pani w knajpce nr1 serwuje kawę. Śliiiiicznieeeeee.

Czarna Elonże (kto wie jak to się pisze poprawnie) zamówiona. I ta chwila błogosławiona. Delekt każdym łykiem, przypominając sobie podjar każdym krokiem zdobywając górę, która teraz nade mną. Dzięki o losie że jestem zdrowy i sprawny!!!

Dzięki za to, że mogę doznawać tego uczucia. Tego stanu euforii który zalewam przepyszną kawą. Dwa najpiękniejsze uczucia schodzą się ze sobą dając orgazmiczne uczucie spełnienia. Live is beatifull…i trzeba do niego wrócić. Do ludzi i obowiązków. Wio znów na rumaka by rozpocząć trzeci etap wycieczki. Zmiana rowerowa. Ale z zadaniem – w 60minut dotrzeć do celu czyli zaczynam kręcić pedały i przy tym film „Gone in 60minutes” – to WildWater Stadium in Pau. Zapierdalam, nie ma co. Wcześniej to w siedem kwadransów, teraz w cztery. Ale teren w dół. Dam radę. I daje rade. Do około 3 ćwiartki. Potem ściana. Nieprzyjemność. Rozdrażnienie. Głód. Skurczy nie było ale czułem, że się kurcze. Ubywa ze mnie wody. Łapeczka zmniejszyła obwód chyba o połowę. Ale za to jaki zarys mięśnia widać:} O w dupę….cała robiona systematycznie siła poszłaaaa. No dobra może wróci, jak uzupełnię co straciłem. Zatrzymuje się. Sikam. Kurwa. Ten mocno żółty płyn wychodzący ze mnie zaraz trawę spali. Racjonalnie już nie myślę. No w końcu piąta godzina pracy mija, a do tego końcówka mocna. Po co mi to. Chaluny już jakieś. Serek (kolega z Francji) dzwoni📱. Ratuje rozmową. Lecz dobija tekstem „wracam znad morza. Byliśmy na frytkach z małżami”. Od teraz tylko małże przed oczami. To nie były samochody. To mule. A ludzie mijani to grube frytki. Dojeżdżam. W samą porę. Bo w głowie siano się zaczęło tworzyć.

Zmęczony. Nawet bardzo. Fizycznie. Psychicznie odnowiony. Odrodzony. Leżę i kwiczę. Nic nie żałuję. Zegarek, który wytrzymując te ekspedycje i potwierdzajac swoją godność wybija co myśli: CEL OSIĄGNIĘTY – 400%normy

Wariat jestem, pewnie myślisz. I pewnie rację masz. Ale ja to samo o Tobie pomyśleć mogę, że aż tutaj doczytałeś:) GRATULUJĘ. Puenty nie będzie. Zakończenia żadnego. Nie w tym stanie. Jak wrócę. Jak odzyskam siły. Energię. Zregeneruje się.

OK. Jednak szanując to, że jesteś tu jeszcze ze mną dopowiem coś. Otóż przyznaje się, że w czasie powstawania tego wpisu jestem….hmm, jak to nazwać? Powiedzmy, że odbiegłem znacznie od homeostazy, przyjmując na klatę wiele wyzwań i pozwalając na napływ natłoku niepotrzebnych myśli do głowy. A powstały tekst mogę potraktować jako pamiętnik, który kiedyś przypomni mi, by do tego stanu nie wracać, a Tobie cierpliwy Człowieku możesz wykorzystać jako jeden ze sposobów na konkretne „wywietrzenie” głowy w podobnych sytuacjach😉.

Pozdrawiam

adhd

Jedna uwaga do wpisu “Gór(ol)skie rozwiązywanie problemów 🚴‍♀️⛰️🏃‍♂️

  1. Agata

    Hejo ADHD. Tak od serca co ud razu mi się nasunęło. Serio- żona twoja jest święta. A tak też od serducha ale w inną stronę- gigant z ciebie, tego co piszesz tak na prawdę nie da się skomentować . Na szczęście ty tego nie oczekujesz 🙂
    Psyche ten tekst dość mocno ryje, ale jak u mnie pozytywnie.
    Ps. Następny raz weź wecej kapsów a dopiero poczujesz moc Natury Juice Plus.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.