Me&Miś Yogi

filmik z akcji

Środa. Dzień waginy. Tak na zgrupowaniach nazywamy czynność obnażania się z szat i stawania na wadze, w celu sprawdzenia składu ciała. Ma być dużo wody, dużo mięśnia i w normie tłuszcza. Nie wiem jaka u kogo norma, ale u nas płeć męska w jednej cyfrze ma się zamknąć. Dziewczyna może w dwóch. Ale z jedynka na przedzie. Skład się zgadzał, Yoga dobrze weszła, więc i śniadanie też wlazło dobrze. I dobre. Nieco bardziej tłuste, i węgli też więcej. A to dlatego, że w planie treningowym długo i przyjemnie. Jak zawsze w środę – po kwaśnych, mocnych wtorkach wchodzi więcej tlenu – glikogen po wczoraj wciąż się uzupełnia. Bukłak pełny, żelik wrzucony, kurtka wiatrówka i termosik gotowe. A to dlatego, że do śniegu ma być dzisiaj. 1500m zamierzone uzbierać. Trochę więcej czasu zorganizowane, choć pośpiech był. Ja już tak mam. Kawka nieco kortyzol obniża i Piotr w wysokie góry uderza. Miejscowość El Ges. Czerwoną strzałę na kogoś podwórku parkuję, wodę w gębę tankuje i zaczynam przyjemność. Tempo lajtowe. Pozwalam swoim buforom utylizować na bieżąco minimalnie produkowany kwasik mlekowy. Chociaż wciąż to poczucie pośpiechu. A to na skróty. A to przez lasy. Byle w stronę grani, którą widzę i która jest moim celem. Pięknie zbielone śniegiem skały coraz bliżej. Lecę na skróty skrótów. Wprawdzie info wielkie, że park narodowy, że zakaz poruszania się, ale co tam…po hiszpańsku nie rozumiem:). Las gęsty. Za gęsty. Uświadamiam sobie, że nic nie skracam. Może dystans nieco. Na czasie na pewno nie zyskuje. Drogą szłoby gładko. Tzn. biegło by się gładko, a tutaj się idzie…nie gładko. Cisza panuje. Szum drzew. Roślinność piękna. Owadów dużo. Robactwa też. Moje ulubione „stonogi” dosyć często przecinają mi drogę. Lubię to bardzo. Zew natury. Uwielbiam. Dla tych chwil opuszczam miasto. Poczuć dzicz. Zobaczyć zwierzynę, jakiej nie ma tam na dole. Ale zaraz…nie taką. Nie niedźwiedzia. Widziałem go? Nieee, to skała. Na pewno skała. Kurwa, a jak to nie skała. Jeśli to niedźwiedzica stała? Wtedy przyjemność się skończyła. W głowie dzika zwierzyna. Wyimaginowane bydle, które chce mnie zeżreć. Zciszam kroki. Staram sie być niewidzialny, niesłyszalny, ale wciąż waleczny w zbieraniu metrów pionowych. A jest ich zaledwie 400. Nastepne sto w schizie. Przypomnienia o słyszalnych akcjach z takimi stworzeniami. Określenie szans na wygranie boju z potencjalnym głodomorem. W każdym przypadku przegrywa. Szanse zerowe. Mijam jamy, w których może spać. A ja Go mogę obudzić. Ja pierdole… marzec jest… One wstają, głodne jak cholera. Żelem w plecaku ich nie nakarmie. Chce do drogi. Gdzie jest droga? Ze szczytu zobaczę. A tu PRRRR!!!! parskanie słysze!!!! Rusza się coś!!!! Głośno!!!! Serce w gardle, kupa w getrach. Koza, Kozioł, Koziorożec…nie wiem co to, ale nie jest to niedźwiedź. Dzięki Bogu to nie niedźwiedź. No właśnie – jak trwoga to do Boga – żałosny jest człowiek. Ciało sztywne. Zesranie jest. Nie czaruje się. Na szieściuset metrach przedwierzchołek się pojawia. Rocky Summit go nazywam. Na pewno nie dlatego, że akurat czytam „Broad Peak, góra przeklęta”. Widok piękny. Śliczny. Dech zapiera. Kozice towarzyszą.Mogę już kończyć. Ale mało. Mam jeszcze godzinę do deadline’u – ustawionego pod obowiązki i prace popołudniową. Nie chce mi się, ale lecę. Do śniegu chcę. I w końcu to mam. Zapadam się.Już nie cieszę się. Łatwo nie jest. Zimno już. Głodu wprawdzie po tym zesraniu się wyimaginowanym potworem nie czuję, ale gasnę powoli. Marznę.Zegar pokazuje osiemsetcoś przrwyzszenia. 1800n.p.m. O połowę mniej niż zakładał plan. Co tam. Wracam. Mijam ślady miśka (zobacz foto)Nie jest to ślad misia? Nie wiem. Nie znam się. Wtedy dla mnie to był wielki Grizzly albo Yeti. Nie wiem co lepsze. Ale chyba Yeti – przynajmniej bym go próbował zagadać. Podobno mało myślące stworzenie. Ja podobnie na hipoglikemicznym głodzie mózgiem nie grzeszę. Pewne jest to, że motywuje mnie to do szybkiej spierdolki (wybaczcie moje oklęcie, ale to i tak nie oddaje przerażenia jakie tam czułem). Następne ślady.Te juz znam. Sam zostawiam również ślad. Był bardziej żółty, ale wsiąkło, hihi.Lecę drogą. Jak człowiek. A nie jak zwierzę przez las. Ślisko. Lód. Dużo gleb. Tyłek stłuczony. Biegnę bokiem. Tam krzoki. Targają mi kurteczkę, Wrrrrr… Kilometry sie zbierają. W poziomie niestety. One mnie nie interesują. A nogi męczą. Drogą to naokoło. Widzę z góry te serpentyny. Tak nie będzie. Ładuje przez las. Znowu to samo. Przy pierwszej jamie włącza się. Uczucie sprzed godziny. Głowa wariuje. Błagam niebiosa by mnie coś nie zeżarło. Siły nie mam sie bronić. Jest asfalt. Dziekuję Bogu. Znowu. Przyklejam się do asfaltu. Chcę już tak trzymać. Po trzech kilometrach znów chęć skrócenia serpentyn. Zegarek GPSek pokazuje, że zyskam. Jeb w las. Po lesie łąka. Konie. Piękne. Niegroźne. Jebut! Na brzuchu pastuch, pod prądem. Kopie. Spina ciało. Budzi mnie w momencie. (ciekawe jak tętno skoczyło przy porażeniu:). Drut z rozpędu urwany. Wyrzuty mam. Ale wyjebane też mam. Chcę do domu. Jestem w Leonie. Rzucam się na żarcie. Cieszę się, że nie byłem dziś żarciem.PozdrawiamADHD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.