Sęp na metry…

Frajdunio zaczął się na dyche⬆️ czyli👍. Wskaźnik HRV potwierdził, iż czwartkowy chill day był dobrym regenero. Coś więcej o tym. Jest to aplikacja EliteHRV, która zbiera informacje wysyłane z paska H7. Poza standardowym HR ukazuje także tzw. HRV, czyli wariacje przewodzenia pomiędzy uderzeniami komór. Po ludzku może to podpowiedzieć czy organizm jest obciążony dodatkowymi stresorami i czy jest gotów na trening. Czyli w moim przypadku jestem zmęczony (podniesione średnie HR52,) co nie może dziwić, ale nie na tyle dopieprzony i wpieprzony, by nie móc zrobić „tysiaczka” dzisiaj. Wspomnę że na HRV mają wpływ dodatkowe stany jak np. podniesiony kortyzol, który ja cyklicznie obniżam np. pisząc sobie posta, haha. Wcale nie jestem jeszcze ześwirowany na tym punkcie i wcale nie śpię z paskiem na klacie:) Powiedzmy tak: sprawdzam, ale nie pozwalam by appka ustawiła mi życie na wolności. Lecimy z tematem!

Plan do wykonania. Dwa wierzchołki. Na wysokości ok. 1700.

Przypomnę że mieszkam na 700, czyli jak by nie przeliczając da mi 1000m z groszami. Natchniony przez kolegę Mikrutka do zrobienia treningu typu „piąteczki”. Ma chłop łeb nie od parady i… mocny do picia😉. Moja fantazja dodała przerwy też 5minut. I time’rek tak sobie klepał 5 na 5. Strefa III+ na I+. I tak do szczytu. Nawet przerwy mi się dobrze komponowały bym mógł zrobić focie np. barankom czy jastrzębiom bądź orłom latającym nad moją czachą. Ciężką, spoconą czachą.

Ale hola, hola! – to po hiszpańsku:} do szczytu jeszcze kawałek. Najpierw przygoda. Bo Piotruś skróta znalazł. I jakiś rezerwat z zamkniętą bramą się pojawił.

Po Hiszpańsku do dwóch już liczyć potrafię. Ale napisu nie odczytam, a z pewnością nie zrozumie. Nawet słownik nie pomógł – pewno jakaś katalońszczyzna. Wjeżdżam. Brama zamknięta… ale nie na kłódkę, hihi. Podjarany zabieram się do biegu, bo lubię takie miejscówki. Zaraz. Coś śmierdzi. Nawet bardzo. Ooooszkurde! Przykry widok.

A nawet widoki…

W oddali więcej takich. I ptactwo nad nami (liczba mnoga, bo miałem nadzieję że jeszcze coś /ktoś tam żyje.

Spierdzielam. Nie wiem o co kaman. Jeszcze raz do tablicy. Dalej nie czaje. Zamykam. Wracam do drogi. Po mojemu to jakieś cmentarzysko zwierzaków, by sępy miały wyżere. Tak. To wcześniej, to nie żadne hawkinsy czy orły tylko sępy wstrętne. Musiałem już dobrze cuchnąć bo towarzyszyły mi do samego szczytu. Tam piękna focia. Dzwonie do Nikosia. I chyba nieco za długo, bo wstać ciężko. Najważniejsze, że jego nóżka lepsza.

Nieco ponad 1000 nabite. 14kilosów w poziomie. A jeszcze drugi wierzchołek. Z ciężkimi girami, ale zdobywam go. 1200m. Zbiegam/schodze w dół. Ufam GPSce. Niepotrzebnie. W gęsty las prowadzi. Potargany i rozjechany uwalniam się. Ostatni kilometr bez butów of course. Zegar pokazuje półmaraton z czego 2/3 up, 1/3 down. Taki stosunek do przyjęcia. Tak miało być. Dochodzę do miasta. Na golasa prawie. Głodny. Bardzo głodny. Gotów zjeść nawet padlinę.

Pozdro 1200

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.