Wyśniony dzień

Budzę się niemal z krzykiem😵! Gwałtowne hamowanie samochodem i cudem uniknięcie wypadku wyrywa mnie ze snu. „W porządku, przynajmniej zatrzymało mnie to przed zmoczeniem pościeli:)”-myślę udając się do łazienki załatwić co mi się bardzo chciało. Nie pierwszy raz zresztą tej nocy. A to dlatego, że przy moich porażeniach i swędzeniach (czytaj poprzednie odcinki) nawodnienie z calcium jest ponad level.

Wczoraj planowana na dzisiaj trasa – marzenie. Torreto de Cadi – perełka dla lokalsów i przyjezdnych. Pasmo zaśnieżonych szczytów będące widokówkową wizytówką regionu i cieszące nasze oczy każdego dnia tutaj. Ale niebezpieczne o tej porze roku.

Po śniadaniu partyjka wojny szachowej z Suzi

W tym czasie napalony na chęć przemierzania gór kolega z Ameryki odmawia partnerstwa wykręcając się pracą. Ok. Jadę sam. Ale do Andory. Trzeba auto zatankować. Tam znacznie ekonomicznej. Ubrany w dresik pod którym łachy biegowe. Prowadzę ostrożnie. W głowie ciągle ten sen o hamowaniu. Telefon do ojca. Źle sie czuje (on, nie ja), ale to chyba nie to. Zatrzymuje przed granicą. Googluje. Odczytuje. Rozumuje.

Pokornieje. Rezygnuję z Cadi. Tankuje. Po to przyjechałem. Spijam kawunie. Przede mną piękny ogrom. „To jest moje Cadi na dzisiaj”. Mapuje, checkuje… objeżdzam górę.

W międzyczasie screen wysyła moja podopieczna wojowniczka Nata z zaliczeniem treningu sprawdzającego wydolność. Według mojej oceny na celujący (6.0). I’m proud of her…ona z siebie też powinna. Szukam szlaku. Nie chcę dziś krzoków. Dzwoni Bunia. Mówię, że przyjechałem zatankować to przy okazji górkę zaliczę (czytaj zatankuje swoje ego). Daje do zrozumienia, że jestem ŚWIR. Jej nie uśmiechnięty ton i to hamowanie nocne rozpoczynają tok myślenia, ugaszający trochę moje pragnienie zdobywania szczytu. Drogowskaz na zabytkowy kościół (CAMI DA CHAPEL) przykuwa moją uwagę. Hamuje. Nieco delikatniej niż w nocy. Parkuję. Cami oznacza szlak. To będzie to. Ścieżka przecinająca serpentyny Vuelty zupełnie odpowiada moim wymaganiom. Idę biegnąc, biegnę idąc pozwalając sobie na szersze rozmyślania. O tym śnie. O sensie tego co robię. Nie tylko challenge. Ogólnie o moim pojebaniźmie. O tym jak opuściłem Matrixa dostrzegając co przez innych niedostrzegalne. Uprawiając co przez innych nieosiągalne. Robiąc co inni potępiają. Doceniając to czym inni gardzą. Gardząc tym co inni uważają za ważne. Przecież mogłoby być inaczej. Czemu Morfeuszu nie przekonałeś mnie do wzięcia tej niebieskiej pigułki? (przypomnienie). Leżałbym pewnie sobie teraz z browarem zabijającym kaca i śmiał się do łez przy oglądaniu filmu braci Vahowskich, żyjąc nie tak jak chce tylko jak mi stereotypy nakazują. I byłoby może łatwiej.

Trzymam szlaku, albo inaczej – podążam za żółtą kropką (szepnęła mi to do ucha Trinity:). Co jakiś czas przecinam asfalt, którym pedałują kolarze osiągający przy tym orgazm. Też bym tak miał na mojej Meridce. Ale ja próbuję ten stan odnaleźć w trailingu. Rzesza wyimaginowanych kibiców na mój widok wrzeszczy Alle! Alle! pisząc coś farbami na jezdni. Ale skąd do licha oni wiedzą jak się nazywam😅?

Tempo 180/10min, 360/20min, czyli takie jak ma być , a w trzydzieści zdobywam 480m. Z przerwą na fociaka i oddanie czci przy zabytkowym kościółku na tej wysokości. Zaraz. Dlaczego by tego nie powtórzyć? Po co ładować dalej w nieznane i kusić los? Nie poznaje siebie. Czemu ja zawsze nie jestem taki przesądny?

Zeruje stoper. Zbiegam. Mijając dosyć szybko żółte kropki obmyślam plan następnego wybiegu. Natala się dzisiaj sprawdziła to czemu nie ja? Ostatnio zfocusowany na rozwijanie formy innych a w jakiej właściwie jestem ja? Dobiegam. Nieźle – 13minut…i przy okazji sprawdzam czy czerwona strzała stoi wciąż na tym przypałowym miejscu gdzie stała.

Odpalam! Kolejne 30 minut w górę. Ile wybiegnę – tyle jestem wydolny. Wszystko powyżej poprzednich 480m będzie dobrze. Już bez przerw na siku, focio czy podjar. Jest wyścig. MEvsME sprzed kilkunastu minut. Tę formę treningu poznali już chłopaki z mojej paki Scyzoraki (pozdro). Jest pięknie. Już nie Superman, ani nie Deadpool – nieśmiertelność mnie przeraża. Teraz jestem niczym Kilian Jornet. Na swoim terenie. Mijam kościół, mijam 480m. Mam dwie minuty zapasu, w których robię jeszcze 50metrów. Kończę na środku łąki, co zanotowała fotka. Sorry za to łajno obok. Nie moje. To nie ten dzień. Nie ta strefa (wczoraj było blisko, czytaj tutaj)

Wygrywam z Piterem1 o odległość wieżowca robiąc 530m w 30 minut. Widać no wykresie powyżej minimalną „wyższość” piramidki po prawej. Wynik mnie satysfakcjonuje. Odnoszę to do zdobycia Kasprowego z Kuźnic w mniej niż 50min (czysto teoretycznie).

Hola! Coś się należy za tą wygraną. I to dostaje w pobliskiej do Chapela uroczej restauracji (it’s delicious – jak wszystko w tym stanie)

I tutaj też zaklepałem miejsce do czasu zmarznięcia palców, klepiąc w telefona to co właśnie czytasz.

Zbiegam już nierozsądnie ostudzony, szybkim stylem Krzystyniaka uzyskując imponujący wynik 10minut 43sekund. W podobnym tempie zmierzam zatankowaną maszyną w kierunku Hiszpani, mając nadzieję, że Suzi wybaczy mi spóźnienie.

Trening zaliczony. Dzień ustawiony. Jakby wyśniony. Ostrzeżony. Czuję się… ocalony? Dzięki, Wy tam co czuwacie! Dzięki Rafał, że wymiękłeś😋, dzięki Bunia, że co czujesz mówisz i dzięki… Piotrze, że dziś odpuściłeś.

Yours humble Adhd

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.