Szczytowanie

W nocy kończę czytać „Broad Peak – góra wyśniona, góra przeklęta”. Razem z bohaterami podobnymi do mnie przeżywam zachwyt górami, emocje związane z ich zdobywaniem, rozumiem ich dylematy i decyzje, którymi się kierują oraz smutek i dramat, który każda tego typu książka ma. I choć wiem i zdaje sobie sprawę, że góry zabić mogą to nie zamierzam się tłumaczyć po co to robię tzn. po co kuszę los – jak to mnóstwo ludzi nazywa. Posłużę się tylko cytatem z tej właśnie pozycji literackiej „nie poczuje życia, jedynie je przeżyje, ten kto ognia unika”.

Broad Peak is done, mój challenge też pasuje zakończyć. Szczęśliwie. W pięknym stylu, jak dobrze wyreżyserowany film. I takie zakończenie zaczęło się kreować. Jako ostatni „wspin” zrobić inność. Być tam gdzie nigdy nie byłem, i wysoko jak nigdy dotąd. Przeciwnie do poprzednich akcji nie spieszyć się. Nie czerpać przyjemności z osiągania granic zmęczenia. Z osiągniętego celu. Tylko cieszyć się osiąganiem celu. Procesem. Jak to zalecił niegdyś mnie awicenna, trener wszechczasów Grigorij. I to jego zapraszam na ostatni wypad. Nie w pojedynkę. W duecie. Tak jak zdobywa się w większości najwyższe góry świata.

Ja wybieram najwyższą górę okolicy Pic de SALORIA 2789m.n.p.m. I chce to zrobić już. Nie czekać do soboty. Wszystkie okoliczności, mój stan, obliczenia trasy i rozkład treningów kajakarzy pozwalają by to się odbyło w Czwartek – jedenasty dzień zgrupowania, wyzwania.

Wyprawa gotowa. Transport zapewniony. By się tam dostać trzeba wjechać do Andory i znów do hiszpańskiej uroczej bazy wypadowej Os de Civis. Trasa wyznaczona, nietrudna dopasowana do naszych umiejętności, czyli mojej potrzeby dzisiejszego niebiegania i ogromnego doświadczenia Grzegorza w czynnościach… zupełnie innych. Pokonanie tej trasy miało nam nie sprawić trudności nawet w zimowych warunkach, gdyż szczyt upragniony miał być bardzo łagodny i szeroki . A dodatkowo fakt, że jest to pierwszy dzień kalendarzowej wiosny miał to ułatwić. Tak więc, luźnym spokojnym tempem udaliśmy się najpierw na kawkę i zapytanie o drogę barmana (bo kto inny może znać lepiej teren). Trzy pierwsze słowa, cztery pierwsze gesty i pięć pierwszych ruchów oraz obracanie mapy dookoła, pozwoliło nam określić, że jego wiedza o górach pobliskich szlakach jest zerowa a orientację to on ma skrzywioną (seksualną pewnie też:). Z pomocą przybywa kamrat zza lady i po krótkiej kłótniokonwersacji okazuje się być pomocny… ale w przygotowaniu kawy☕

Godzina po 13. Ale co tam, nie podnosimy kortyzolu uczuciem upływającego czasu. Przecież tutaj dzień jest dłuższy. Zaczynamy bardzo lajtowy marszobieg – bo dlatego adidaski na naszych stopach. Konwersacje na tematy zawodowe czyli sportowe, trochę rodzinne i znów sportowe. Wzdłuż strumyka, który po 45minutach skręca w prawo. A szlak prosto. Szybka wizualna rozkmina, ten potoczek to Riu de Saloria płynący od podnóża Pic de Saloria. A więc jak tu nie skorzystać z możliwości skrócenia sobie drogi. Przecież jesteśmy Polaki. Naokoło chodzić nie będziemy. Szlaki i tak zamknięte, w tym czasie, na tej wysokości , więc wielkość grzywny mandatu się nie zmienia. Po 10 minutach okazuje się, że teren do chodzenia, ale dla kozic, nie dla nas. Nietrudny, może bardziej nieprzyjemny. Trawy, koso, kamienie i pojawiają się skały. Trzeba użyć górnych kończyn. Fajnie. Ja z przodu, trochę boczkiem po skałach, Gregor z tyłu, trochę boczkiem po trawie przemierzamy teren zdobywając metry wysokości. W godzinę 600metrów – całkiem nieźle

Widać szczytek. Z niego pewnie wyskoczymy na grań, tam zaczniemy lekko biec i u celu będziemy godzinę wcześniej. Zdobywamy ten szczytek. To jednak nie szczytek. Widać następny. Teren trudniejszy. Ja toruje. Tempem szybkim, szarpanym. Czuję się jak mały troll skaczący z kamyczka na kamyk za którym podąrza wielki ogr tempem równym, powolnym, lecz wciąż efektywnym. Chcę szybko obczaić co u góry. Jeśli znowu zonk to krzyknę ogrowi, żeby nie męczył się niepotrzebnie. Mam go! Kurwa. To nie szczyt. Widać następny. Dalej do niego. Powrót do szlaku już nieopłacalny. I z uwagi na pionowe ścianki – nieproponowany. Hmm, co robujta? Grań wydaje się oddalać. 2 godziny za nami. Przerwa. Chwila rozkminy. Na wysokości Rys jesteśmy (2,500). Czyli każdy kolejny krok to już najwyższy, dotychczasowy dla nas obu. Do zaliczenia challenge’a brakuje 150. Tyle to mogę sobie dobić na zejściu biegając wokół partnera. Ale to nie epickie. Bez wyrazu. Wzrok wycelowany na szczycik powyżej. Wydaję się być dokładnie brakujący dystans nad nami

Lecimy dalej. Ja już podjar, to przemierzam najkrótszą. Greg rozważnie i romantycznie, bezpieczną. Tak przez chwilę zacząłem się zastanawiać, po co mu taki duży plecak, skoro ja mam tylko camelback. No, ale tam jest pewnie schowane to jego doświadczenie.

O godzinie 16:15 meldujemy się na szczycie. Naszym szczycie, gdyż nie ma on nazwy, w przeciwieństwie do okolicznych. Spoczywamy. Wysokość 2685m. Nasze cztery nogi nigdy na takiej nie były.

Challenge przebity o 60 metrów. To nam wystarczy. Saloria oddalona. Dałoby się ją zdobyć może w następne 90minut, ale po co? Zrobimy to w lecie. A teraz nacieszmy się tym gdzie jesteśmy. My, dwie małe bakterie wśród wielkiego masywu pasm pirenejskich gór. Fajne uczucie. Uczucie głodu też niemałe. Z pomocą nadchodzi Grzesiek „the Hulk” Polaczyk, otwierając swój plecak. Ba, sklep spożywczy z którego wypadają orzechy, cztery serkojogurty naturalne, mozzarella (która baaaardzo chętnie pochłonąłem), banany, dwa czeskie browary i butla szampana! Cukierkowego! By uczcić zdobycie przeze mnie wysokości Mount Everesta. Kochany Grzesiu. Wielki gnom z jeszcze większym sercem.

Nazywamy to miejsce PP SUMMIT (od pierwszych liter nazwisk wielkich zdobywców). Zjadamy szampana, nie spijamy browara. Nie teraz. Jeszcze jest napięcie niepewności zejścia. Do szlaku, na którym kotłują się chmurki czy w dół, przez żleby do potoka? Wybrana opcja druga. Z szybkim zejściem. Do granicy słońca, bo zimno. Znów ulegliśmy zjawiskowi „wypłaszczania terenu” patrząc z góry, bo w realu to całkiem duże 3D skały i strome żleby. Chwila przerwy na focio i podziw ściany wschodniej naszej rozdziewiczonej górki.

Niezagrożeni zbliżamy się do cywilizacji. Z zapasem czasu siadamy przed hotelem górskim dopełniając ten wyczyn wypiciem upragnionego browara i zjedzeniem ogromniastej zupy.

Dumni z siebie. Zadowoleni z wyprawy. Nie zrealizowany zakładany początkowo plan Saloria, lecz zaliczony zmodyfikowany plan zaliczenia PP w stylu alpejskim. I to nam w zupełności wystarczy. Cali i zdrowi. Bo nie każda dobra książka o górach musi kończyć się dramatem bohaterów.

Pozdrawiamy

Adhd squad

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.