Preparation OCREC2019

PSYCHOLOGY aspect

Relacja z Mistrzostw Europy w Gdyni poszła „od strzała”. Jednak do opisu przygotowań do nich nie mogę/mogłem się zabrać. A chciałem bardzo przelać na pismo moje odczucia z nimi związane. A wraz z uczuciami sposób dochodzenia do szczytu formy i w konsekwencji, a może kwintesencji tego sprzedania jej w najważniejszym jak dotąd dla mnie starcie w OCR adventure:)

Jak wspominałem byłem mega zmęczony (POPRZEDNI POST) . I nie mam na myśli tylko fizycznego dopieprzenia, bólu mięśniowego, który zazwyczaj mija do trzech dni. Było to zmęczenie ogólne, a w szczególe nazwałbym go „mózgowe przemęczenie mięśniowo-powięziowo-więzadłowo-trzewne”, w którym to objawy psychologiczne odgrywały najważniejszą rolę. Czyli znużenie, zrezygnowanie, bezsenność, natłok myśli, brak egzystencjalnego sensu mieszane z poczuciem spełnienia, wygrania, radości, osiągnięcia celu, szczęścia itp. Dopiero z czasem ta druga grupa pozytywnych uczuć zaczęła wypierać pierwszą negatywną. I choć wciąż ten proces trwa, to postanowiłem zasiąść do kompa i rozpocząć searching, analizing, reminding, tego co robiłem sportowo przez ostatnie pół roku. A endorfiny po pierwszym, miłym, godzinnym wybieganku, z rowerowymi Świrami u boku, w magicznej scenerii Riviery Makarskiej z pewnością dodały temu kopa.

EARNED, NOT GIVEN.

Hasło, które Nikodem ma wyryte na plecach spartańskiej szaty w załączonym focio, oddaje w jednym zdaniu co sądzę o moim podejściu do sprawy. Jeśli ktoś uważa, że łatwo przychodzi sukces sportowy, to się bardzo myli. Łatwiej mają Ci co dostali talent na starcie, lecz nawet dla nich wciąż jest to masa i dłuuuuugi szereg wyrzeczeń, które trzeba włożyć, wsadzić, wkalkulować w życie sportowca. I które oddadzą. Trochę gryzie się to z moimi poprzednimi wywodami, że sport to taka suka, co weźmie, a nie da. Teraz z pewnością w głosie mówię, że… warto. Coś tam odda, jeśli nie w postaci wymarzonego wyniku, to w czym innym. Czy to w otrzymaniu lepszej pracy, w realizowaniu się na innych płaszczyznach, w miłości, w dzieciach. Lepsza umiejętność dążenia do celów, czy radzenie sobie z porażkami, wyzwaniami życia, są skutkami uprawiania sportu. Zachowując oczywiście umiar. Nie wykraczając znacznie poza HOMEOSTAZĘ. Nie naginając rzeczywistości, nie przekraczając limitów rozsądku, nie wykorzystując i nie krzywdząc innych. Bo wtedy można zapłacić najwyższą cenę.

W pierwszym akapicie w „chciałem” są raczej ukryte słowa „czuję, się zobowiązany”. Otóż jak uważam i głoszę od dawna, no może niedawna, iż wiedzą trzeba się dzielić, a jak nie trzeba, to przynajmniej można. A ja chcę i lubię to robić. Jednak nie jest to gotowiec jaki może oczekujesz czytelniku. Nie jest to jeden z poradników, który powie Ci jak żyć, co robić, a czego nie. Są to moje zeznania. Moje praktyki. Moje przemyślenia, wychodzące z doświadczenia osiąganych sukcesów i co ważniejsze – popełnianych błędów. Czy powiedziałem doświadczenie? Tak… właśnie to sprawia, że najbardziej się rozwijamy w danych dziedzinach. A ja w OCRach średni czas już jestem. I różne wyścigi wygrałem. I jeszcze więcej przegrałem. Dużo skóry na przeszkodach zostawiłem, gnaty potłukłem, krew też była, glory zdobyłem, kontuzje przeżyłem, gorycz poczułem, dobrze i źle trenowałem, lepiej i gorzej się prowadziłem i pokory się nauczyłem. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo nie wiem ile jest jej prawidłowa ilość. A więc pomówmy trochę o tym experiensie…

📷PROFORMAK

Po Londyńskich Mistrzostwach Świata (gold in age group) był miesięczny wstręt, dwumiesięczny break od OCR. A Finał Ligi RMG był doskonałym, uwieńczeniem sezonu 2018 dla naszej, wówczas najlepszej w Polsce drużyny Podhalańskich Dzików. A z obijanego o słynną Skośną ciała i głowy, odchodziła stopniowo ochota na zabawę z przeszkodami. Lecz nie na sport. Nauczony, że życie „siedzącego na dupie” nie dla mnie, nie rezygnowałem z ACTIVITY – by być wciąż DEXTERITY. I choć nadmiaru cukru już się nie bałem (Obczaj)bo jedzenie HEALTHY czyniło mnie HAPPY. Wiedziałem jednak, że coś muszę zmienić. Muszę być DIFFERENT (z pewnością zauważyłeś, że pierwsze litery wyróżnionych, magicznych wyrazów tworzą jeszcze bardziej szalone słowo?). Zrozumiałem, że przekroczyłem pewną granice. Pewną linię, za którą zostawiłem potrzebne wartości. Jako, że są one ważne dla mnie i nie czuję potrzeby pisać o nich światu, powiem w wielkim skróconym skrócie – nie utrzymałem Homeostazy (Post o homeostazie). Nie żyłem jak potrzeba. Jak natura lubi. Były skrajności. Jak czegoś dużo – to czegoś za mało. Kiedy mnóstwo czasu na to – to brakowało na tamto. A używając bardziej sportowego epitetu – był mocny wpierdol, a nie było luzu. Ciśnienie treningowe było większe niż chęć regeneracji. Wszystko to tyczy się głównie czasu do września ubiegłego roku. Wtedy los, niebiosa, i ciała niebieskie zatrzymały mnie wszczepiając mi wirusa półpaśca do wycieńczonego Mistrzostwami Polski organizmu (Czytaj, jeśli tego nie zrobiłeś) . Po tym podejście do regenero się zmieniło….

Pracując ze sportowcami profesjonalistami jako ten, który musi pomóc okołotreningowo, odkrywam siedem popartych naukowo i wartych stosowania  czynników regenerujących (kiedyś wreszcie o tym tu napiszę), z których trzy najważniejsze to sen, pożywienie i nawodnienie. Na tym skupiłem uwagę zainteresowanych sportowych i niesportowych słuchaczy (kilka prelekcji o tym wygłosiłem), choć mam wrażenie, iż z tej grupy to do mnie trafiło najbardziej, hihi. A cudów tutaj nie odkryłem. Bo nie można nazwać nadzwyczajnoscią tego, że odróżniam jedzenie alkaliczne i obciążające od innych produktów zakwaszających, których nie potrzebuje pomiędzy ciężkimi treningami. Może stosunek składników makro w zależności od rodzaju treningu wymaga nieco wiedzy, ale i tak chyba więcej chęci. W sprawach nawadniania też Ameryki nie odkryłem. Obserwując objawy dehydratacji, bezsensowne wydaje się aby po treningowej utracie wody i minerałów nie uzupełniać ich albo pić diuretyki. Spokojnie, z kawy nie rezygnuje, tylko wiem kiedy ją przyjmuje, zarówno ze względu na zakwaszenie, odwodnienie i nawet hormony. A kortyzolu podnosić potreningowo nie potrzebuję. A co do alko? Cóż, w tym okresie odmówiłem więcej niż wypiłem:). A w kwestii spania? Nie muszę chyba tego omawiać. Wyspany człowiek to wypoczęty człowiek. Myślenie męczy, dlatego razem z internetem próbowałem wyłączać mózg kiedy tylko była możliwość.

Utrata 2% tłuszczu w końcowym etapie przygotowań z pewnością wiele pomogło…na głowę. Dopatrywanie się, doszukiwanie w analizach treningu lepszych osiagów podnosiło morale i wiarę we własne możliwości. Czy to wkręcanie sobie czegoś? Możliwe. Ale czym innym jest mental? Jeśli działa to jest git. I jeśli wiara, że unikanie pesymistycznych, źle nastawionych Czarnowidzów też pomaga, to trzeba to robić. Umiejętność oderwania się od opinii innych też robi robotę. Choćby przyjęcie na klatę gorszych wyników początku sezonu oraz brak ścigania się, kiedy inni już to robią (pierwszy start dopiero Rmg Kraków w maju). Największą jednak pracę umysłową musiałem zrobić ze startowym i treningowym skupieniem się na sobie i swoim zadaniu, omijając co się dzieje u innych i na trasie zawodów. Wierzę, że niepotrzebne emocje podjarania się czy zrezygnowania wpływają na wynik. Na te aspekty szczególnie zwróciłem uwagę podczas ostatniego etapu przygotowań BPS (bezpośrednie przygotowanie startowe). Wtedy na ostro, może nieco eksperymentalnie podszedłem do tematu. Opłaciło się. W większych szczegółach opisałem to tutaj. Na same zawody nastawienie było zadaniowe, nie wynikowe. I to zrobiłem w 100%. Dlatego radość z ukończonych biegów byłaby bez względu na kolor medalu.

Od teraz post o przewadze filozoficznych rozkmin w głowie przechodzi do fizjologicznych przemian w ciele. Albo nie… przerywam. Zostawię to na następny raz. A Ty odpocznij 🙂

P. S. Trochę też uchylam podczas zupełnego spontana u Kuby Majocha https://youtu.be/Z0N6bN3-pwY

📷by PROFORMAK

Zobacz part. 2 PHYSIOLOGY aspect