Ultra spartańska przygoda

Wystrzał! Ogień w dym racy. Jazda w górę po stoku! Muza niesie. Jak zawsze w bój. Do walki! Zaraz… uspokój się, Piter. Nie ścigasz się. Nie znasz tego dystansu. Jesteś tu świeżak. Zwolnij. Szanuj. Pokora. Patrz na tętno. Po to ubrałeś pętle. Za mocny start odezwie się później. Znasz to z Triathlonu. Nie zakwaś się. Pilnuj strefy. Tego dystansu w czwartej nie zrobisz. Zwolnij. Trzymaj się planu. Focus on it, Fuck all around!

Plan był taki by się nie ścigać. Nie patrzeć na przeciwników. Skupić się na sobie. Jak zawsze zresztą. Tyle, że w ultra to jest ważniejsze. Kluczowe. Tutaj zbytnie gonienie innych nie skutkuje przegraną, lecz nie ukończeniem. Skurcze zabiją. Przygwożdżą. Człowiek nie ruszy. Zastygnie, rycząc w niebiosa. Byłem tego świadomy. Najbardziej obawiałem się sam siebie. Swojego parcia na wynik. Które zgubi mnie z pewnością. A ja nie wiem jak się zachowam w czwartej, piątej, siódmej godzinie. Nigdy się tyle nie ścigałem. Nie poznałem swojego ciała na tych pułapach. Swoich reakcji. Znam tylko kilka danych z życia; pocę się bardzo, tracę przy tym mnóstwo sodu (hiponutriemia) co prowadzi do skurczów mięśni. A jest gorąco. Wiedziałem o tym wcześniej. Działałem w tym kierunku. Mity o magnesie i potasie mam już za sobą – didn’t work. Nawodnienie priorytetem. Jego brak mnie zniszczy. Sama woda nie wystarczy. Ewentualnie do przepicia żeli. A mam ich osiem. Powkładane w różne dziury…spodenek, szelek, plecaka i w przepaku. Pewny jednak jestem, że one same nie zbilansują utraty minerałów. Dokładam owocki&warzywa w tabsach od JuicePlus. Wierzę w nie. W bukłaku 1,5litra wody sodowej (lepiej tam niż w głowie:), którą będę je przepijał naprzemiennie z żelami. O trasie wiem mało. Znam przewyższenie. Jakieś info o bufetach i punktach regenero. Nie wierzę w nie. Wierzę w to co mam przy sobie. Słaba wiara też jak chodzi o długość trasy. Nigdy się nie sprawdza. W głowie pamiętny BEAST w Tatrzańskiej Lomnicy gdzie doliczyli 10+. A mnie to zabiło. Nie wybaczyłem. Obraziłem się. Przynajmniej na dwa lata. Przychylałem się do opinii, że Spartan zjebany jest, że biegowo, że chujowo itp. Przeszło mi. Daje im szanse. Wracam do akcji . Napieram do góry. Jestem w czubie. Wielu idzie ja biegnę. Staram się pamiętać kto przede mną. Nie znam ich. Nowe mordy. Wydają się starzy, a takich już znamy. Wyjadacze, z nogami jak Krzystyniak. W połowie stoku w las. Zbieg. Jestem w piątce. Jest fajnie. Próba skupienia się na sobie. Równoważnia. Wchodzi łatwo. Po niej uspokajam się. Lecę swoje pilnując tętna. Dochodzę poprzednią, młodszą falę. Wypatruję Kubę. Ni ma go. I jeszcze długo nie będzie. Obczajam rywali. Mocni w góre. Ja szybszy w dół. Przeplatamy się, tasujemy, mijamy, coś tam gadamy. Pamięciówa; 8 cyfr do zapamiętania, a człowiek brandzluje się z tym wieczność. A potem MXPA7S4E w głowie powtarzane na milion melodii przez większość trasy.

15 kilometr. Wierchomla. Pierwszy oszczep i bufet. Miło zaskoczony obydwoma. To i to wchodzi gładko. Dzida w serducho, orzeszki nerkowce i suszone śliwunie w gardełko. W górę, mijam idącą Pietroszek. Zachęcam do biegu. Potem w dół przez Przysłop. Aktywuje jak mogę hamstringi na zbiegach. Po mojemu oszczędzi to czwórki, tym samym opóźniając ich skurcze. Niebawem pojawia się Mikrut z ekipą. Wyraźnie utrudniony dyskomfortem obtartych stóp. Razem z chłopakami zwiedzamy radośnie i w dobrych humorach wierze widokową na Słotwinach. Pozytywne zaskoczenie konstrukcją oraz cywilami i przybijanymi piątkami. Zlot do dołu stoku. Tam już miny rzędną. Wór na ramię na „krótkie kółeczko” – jak to Wolo nazwała. Pętla długa, za długa. Po niej inny człowiek. Chce tylko do przepaka. Coś zmienić. Cokolwiek; teren, smak picia, wskoczyć na przeszkody. Wreszcie jest. I nic z niego nie biorę. Spieszę się jak porąbany. Nie wiem czemu. Jak na zmianie w triathlonie. Biorę tylko czołówkę i NRC. Dolewam z butli do plecaka. Nic mi więcej nie trzeba. Dostaję znów włócznie. Drugi raz??? Miałem nadzieję że ostatni. Wbita pewnie w ramię sztucznego, nieco poszerzonego , słomianego ludzika. Dalej potokiem w górę. To lubię. Ale powoli przestaje. Za dłuuuugo. Nie widzę Kuby. Jak się później okazuje, kontuzjowany kończy. Wielka szkoda😥. Wyjście. Lina z wody. Na niej skurcz nogi – paradoks, ale tak już bywało. Pionowe podejście pod czarną trasę 5. Tam w zimie biłem rekordy prędkości na nartach. Teraz rekord powolności pod górę. Zwalniam strasznie. Dochodzą mnie inni. Kryzys? Chyba tak. Wiadome jednak, że musiał przyjść. Psycha jednak radzi sobie z tym i wracam do gry. Do następnego podejścia. Od samego dołu do szczytu. Ocipieli. To nieludzkie. Ale daje się zrobić. Konsekwentnie co zakładałem wykonuje i utrzymać oddech próbuje. Wiedziałem, iż tlen może mnie ratować i pomagać w buforowaniu powstałego z mięśni kwasu mlekowego. Dlatego wciąż zerkałem na tętno. Bo nie trzeba być fizjologiem by wiedzieć, że powyżej strefy cardio będzie go za dużo. Orzechy, żel, woda nagrodą na Jaworzynie. Kilka nieplanowanych postoików na siku, zawiązanie butów, wytrzepanie z nich piasku – Kuba przestrzegał – zrób to zanim cię skrzywdzi:). Na podejściach nie chce się. Walka ze sobą jest. Metoda małych celów np. od jednej podpory wyciągu do drugiej w dwie minuty, i tak następne. Zbieg na 40stym kaemie zaczyna martwić. Nie da się go zrobić. Nogi nie puszczają. Nie chcą tego robić. Ból kolan. Nie jakiś urazowy, raczej zmęczeniowy. Uczucie palenia. Do tego w bukłaku siorbanie. No to po mnie – we łbie kiełby. Na dole woda. Uzupełniam. Na świadomce, że to tylko źródlanka. W mięśnie nie wejdzie. Dużo wylewam na siebie. Moczę ośrodki termoregulacji. Trzeba oszukać organizm by się nie wyłączał. Odwrót i próba kontynuacji. Przed oczyma straszny widok. Pętla z worem. To jest próba. Ściana płaczu. Dosłownie, bo mi się chce ryczeć. Innym też widzę. Tę pętle kończy niesamowity w ten weekend Wojciech Brzoskwinia. Ale czort wie jak ona długa. Mijam Majkela Jagieło. Ma kryzys. Idzie tyłem, siada na worku, ale jeszcze go nie gryzie. Rzucam mu szczere słowa otuchy, ale w głębi czuję że gaśnie. Imaginuje się obraz czytany w wielu książkach o himalajskich wyprawach. Uczucie kiedy chcesz pomóc koledze z którego uchodzi życie (choroba wysokościowa, obrzęk mózgu, płyn w płucach) ale nie możesz, a sam masz parcie by zdobyć szczyt. U Michała to tylko skurcze, ale wszyscy wiemy, że another 10k na nich nie zrobi człowiek. Jak w poprzedniej pętli zbiegałem z worem to teraz wór się toczy ze mną. Zaraz za tym sanki. Kurwa, koniec! To morderstwo. Ciągne złom i daje dalej. O dziwo czuje zbliżenie do Moreli. A wiem, że ten się ostrzył na wygranie swojej kategorii. Rozkmina: wciągnę lidera, wygram młodszą kategorie. Typowe to we mnie. Nie wystarczy cieszyć się tym co ma i zluzowac do mety. Jednak pokora przemawia. Nie przyspieszam. Może dlatego, że się nie da. Jak zbiegi były moją mocną strona przez 2/3 trasy to teraz nie potrafię ich robić. Chcę odpocząć! Kolejna pętla kończy się włócznią. To się już nie może udać! Rzucam z dedykacją dla K.O., która rozgrzewkowo przed SUPERem gania z aparatem. Trafiam w serduszko. Słomiaka, nie Kasi:)

Wjazd na kolejny podjazd. Tempo żółwia🐢 – czyli z przebłyskami dynamiki. Bajerka z Amigo Hiszpanem, którego się uczepiłem. Razem przelatujemy, tzn. mijamy najszybszą Lady w grupie Elite. Wciąż pod górę. Na trasie grzyby. Marzy się barszcz z uszkami. Czuję jego zapach. Rownoważnia przy dopingu wolontariuszy wchodzi. To już chyba za wiele od losu dostaje. A propos dopingu i wsparcia na trasie. Mega, super beastowo dziękuję za to. Dolatywały do mnie supportujące krzyki. Choć w stanie agonalnym nie rozpoznawałem twarzyczek, to czułem Waszą przekazywaną szczerą energię. Pewnie w dużej mierze działo się to dzięki logo Gorący Potok na koszulce. Jedną z tych dobrych decyzji było ubranie jej. Również ze względu na dobre chłodzenie i nie otarcie sutków, o które się tak martwiłem. Amigo zostawia mnie (później w Potoku Go dojdę) . Tempo mam ślimaka🐌. Bez dynamiki żółwia. Zbiegi – na szczęście już niedługie z bólem i dyskomfortem. Z przyjemnością przyjmuje pozycje poziomą do czołgania się pod zasiekami. I z wielką nieprzyjemnością zabieram baaardzo ciężkie dla mnie wiadro. Dosłownie uginam się pod nim. Beztlen. Puls to potwierdza. Mięśnie nie stabilizują, nie mówiąc o ich mocy. Wtedy nagatywne myśli wpadają do łepetyny; że po co to, że sobie szkodę, że to co robię to niezdrowe. Wtedy jeb! Wiadro spada. Siadam na nim i ryczeć chyba zaczynam. Choć wiem, że już niedużo zostało, że ukończe to, to wstać się nie chce. Otwieram kawałek mózgu na wysłanie pozytywnych myśli i zdaje sobie sprawę, że Ci co mi przeważnie gadają że to co robię to niedobre i będę miał przez to  problemy zdrowotne (znasz to, prawda? ) zazwyczaj sami cierpią z powodu jakiś bóli z bezczynności lub niedobrej postawy. Biorę wiadro, na lewym, prawym barku, uśmiecham się do foci robionej komórą Wolo i grzecznie odkładam go na miejsce. Wskakuje z rozkoszą do Potoku. Dostaje trochę sił, zbliżając się nawet nieco do przodowników.

Ostatnia lina u przeuroczej Sędziny i łapie za dzidę. Ostatni już raz. Wszystko mi jedno. Wreszcie trzeba te burpeesy zrobić bo aż głupio, że czyste konto. Rzut średni. Nie trafiam w siano. Ale dzida w desce została, czyli głowie dzielnego rycerza. Referee potwierdza, że zaliczone. Zbieram z ziemi burpeesującego sympatycznego Brzoskwinkę i razem do mety. Pięknie przedzieramy się razem przez ostatnie przeszkody, wspierani poradami nieocenionego, niezastąpionego Zibo (huge Thanx, Stary!). W Ultra zmęczeniu, z beastową zawzięoscią, w super stylu stylu i sprinterskim tempie wpadamy na mete. Wojtek przede mną. Ale wiem, że mam 10 min. przewagi ze startu, a to daje mi również wygraną w młodszej grupie i wszystkich innych Age’ach. Więc musi być cudownie. I jest cudownie. Spełniony. Upodlony. Zmęczony. Rozemocjonowany. Te wszystkie uwielbiane przez mnie uczucia dodane do siebie tworzą jedno wielkie SZCZEŚLIWY.

Przed powrotem do rzeczywistości i otrzymaniem nagrody w postaci barszczu🍲 i browara🍺 jeszcze kilka rozkmin przy endorfinach, które utkwiły w pamięci. Jedna z nich to mega wdzięczność, że się nie uszkodziłem. Kolejna, że Ultra to nie dla każdego. Jeśli ktoś nie lubi skrajnych wysiłków to niech zostanie na dystansach do półmaratonu. Jest to inne zmęczenie spowodowane mniejszą/większą intensywnością. W Ultra to jak w Dakar. Dłuuuuugo, z wytrzymałą maszyną, byle do przodu, napierać, z miejscem na przemyślenia, rozkminy, planowania. A ja ich miałem wiele. Włączały się podrygi do ścigania, zaraz rozsądek gasił je zwalniając tempo. Startując w krótszych, bardziej prestiżowych dystansach głosiłem, że trzeba mieć łeb do ścigania i robić swoje podczas nich. Teraz wiem, że w Ultra to ma dopiero ogromne znaczenie. Na każdym kilosie trza być pokornym, gdyż nietrudno o błąd, poślizg, uraz. Wiem, że nawet najmniejsza dysfunkcja w ciele wyczuwana przed startem, byłaby wyolbrzymiona stokroć na dalszym etapie dystansu. Buty mnie nie obtarły. Pomimo małej w nich amortyzacji przetrwałem i poza zmiękczeniem naskórka i czarnym paznokciem (to podobno norma) jest OK. Mam trochę tilta, że pyszne Rizotto kalafiorowe przeleżało w strefie, a ja ładowałem się węglami pod korek. Na przyszłość jadłbym w trakcie trochę więcej białka i tłuszczyku. Nie żałuję wybrania wody sodowej jako głównego nawadniacza. Nie żałuję sposobu trenowania jako przygotowanie do tego Ultra. A zarazem służyło mi bieganie „w tlenie” z Krzystyniakiem oraz kręcenie na podjazdach z Kowalczykiem. Tym bardziej, że czerpałem z tego przyjemność. Komfortem w całej tej „niekomfortowej” przygodzie jest brak presji czasu. Wszystko dzieje się wolniej. A ja tego chyba potrzebuję. I pewnie temu zawdzięczam bezburpees’owe pokonanie „psychologicznych” przeszkód. Co dalej? Czy zrobię to znów? Odpowiedź brzmi OF COURSE😁

2 uwagi do wpisu “Ultra spartańska przygoda

  1. Dziadu

    Ciekawe, że jako żółw (14h17min) miałem DOKŁADNIE te same przemyślenia, obawy, załamania, podekscytowanie! Bo to tak jest, każdy z nas biegnie na własnym maxie, który… jest maxem i w mięśniach i w kościach i w głowie. Wiadro zniszczyło mnie totalnie, chciałem nim rzucić i zejść z trasy wiedząc, że za 2km jest koniec! Trenowałem pod ten konkretny bieg cały rok, bo w zeszłym podszedłem z szacunkiem i go nie skończyłem. W tym roku podszedłem z należytym szacunkiem.
    Opis – samo sedno! Super! Gratuluję wykręconego czasu!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.