El Capitano. Mój idol

Po Mistrzostwach kurz opada. Ale emocje wciąż są. I pod ich wpływem chce jeszcze opowiedzieć co wywarło na mnie największe wrażenie podczas ich trwania. Był to bieg na 15km. Nie mój. Mojego kolegi. Z drużyny. Z bandy, która wyróżnia się od innych. A z której wyróżnia się On. I którą dowodzi. W której jest zawodnikiem, prezesem, liderem… jest kapitanem na statku o nazwie „Podhalańskie Dziki”. Pod banderą „Gorący Potok” przemierzylem z tym Gościem wiele wód(ek). Nierzadko pchaliśmy się na głębokie. Stoczyliśmy razem wiele bitew. Często przegranych. To te uczą. Te wiążą. W nich poznajemy się bardziej. One kształtują i ukazują prawdziwy charakter. Ten charakter określa jacy jesteśmy. Nie to co na wierzchu. Nie to co w dzisiejszych czasach robimy na pokaz. Dla fejmu. Dla pozorów. Ten facet z pewnością pozorantem nie jest. Maski nie zakłada. Nie musi… bo buźke ma niebrzydką:). No dobra może nieco ładniejszą od diabła. Ale to podobno wystarczy mężczyźnie by być… mężczyzną. A ja bardziej samczego samca w życiu nie widziałem. Poziom testosteronu to on ma ponad nadprzecietność. Jego część przekazał w genach walecznej córce, a pozostałym nadmiarem tryska na codzień ukazując to szczególnie podczas treningów i zawodów. A my dziczki i warchlaczki wtedy  wciągamy od niego ten hormon, który krzepi do walki oraz pozwala unieść się ponad swoje możliwości. Dzięki tej niewidzialnej, niewypowiedzianej (bo w przemowach nie musi być mocny) motywacji my przełamujemy swoje bariery i limity. Pewności nie mam, ale mocno przypuszczam że pozornie słaby Gałdyn nieraz doniósł opaskę, a niepozornie mocny Mikrut dzwignął więcej niż potrafi właśnie dzięki temu człowiekowi. Pewność mam jednak w tym, że mnie osobiście motywuje do napierdalania (tak czasem wyrażam aktywność, którą czynię) ponad siły. Skurczybyk ma nieziemską moc nie tylko w nogach. A co w tym najpiękniejsze ten wrażliwiec  nie wstydzi się płakać. Nie ukrywa łez wzruszenia.
Trochę odpiegłem od Mistrzostw Świata, ale mam niesamowity podjar po tym co zrobił ten superman w sobotę. ROZWALIŁ SYSTEM. Wprawdzie wykazywał rosnącą formę. Po zeszłotygodniowej goniacce w Obidowej nie martwiłem się o jego bieganie. Po treningu w parku o siłę też obaw nie miałem. Wiedziałem że jest mocny. Zresztą wszyscy wiedzieli. On też to czuł. Pojechał w Bieszczady upielęgnować ten porządany przez każdego sportowca stan „bycia w gazie”. Pozostało to tylko sprzedać na najważniejszych zawodach. A to czasem najtrudniejsze. Dla słabszych głów szczególnie. Stres, samonałożona na siebie presja, wygórowane cele niszczą i nie pozwalają zawodnikom pokazać swoich możliwości. Ale nie w przypadku tego twardogłowego czterdziestopięciolatka.
Podczas pierwszego dnia Mistrzostw nie ustrzegł się błędów, które zepchnęły go na piątą pozycje. Błędów technicznych. Nie kondycyjnych czy taktycznych. Niedosyt pewnie był. Przyjął z pokorą. Nawodniony „po swojemu” zakończył dzień z własnym planem na jutro. Ja zaspokojony brązem w swojej kategorii idę spać z nadzieją, że ktoś z drużyny dorzuci krążek w sobotę. I z pewnością, że będzie to Prezes. Bo zasłużył. Bo wytrenował. Bo tego potrzebuje. Z wielką wiarą, że będzie to złoto. Bo jednak 15km jest dzielone na kategorie co 5lat. A w niej jest najmłodszy i teoretycznie najsilniejszy.

Po moim porannym starcie, który w tej chwili schodzi na drugi plan, a który z pewnością opiszę – moja uwaga skupiona na inne kategorie. Obserwacja i wspieranie szybkiego Kukiza, który jakby powiela mój występ (niestety stopkę na hakach również) pozwala mi widzieć Kapitana dopiero od 10ego kilometra. Wbiega na arenę. Widzę z daleka. Już wiem. Jest mocny. Podchodzę. Nie trzeba nic gadać. To się czuje. Nogi go niosą. Wyszedł z błota. Przetrwał wodę. Nie przeszkadza mu zimno. Teraz tylko ogień. Z relacji kibicującej drużyny dowiaduję się, że goni kogoś . Wycieniowanego, atletycznie zbudowanego Angola. Ciężko mi uwierzyć, że ten młodo wyglądający mięśniak jest w M45. „Pewnie nasz ściga lidera niższej kategorii” – pomyślałem. Sam tak robiłem czasem, kiedy nie wystarczało mi wygrana swojej kategorii. Kiedy zmieniałem cele w trakcie wyścigu. Nieważne. Emocje zajebiste. Robo dochodzi biegowo rywala w żółtej koszulce. Kończąc przeszkodę z „czaszką” równa się z nim przybijając mu żółwika. Epicka chwila! Kurwa jak ja takie uwielbiam w sporcie! Czekając na mostku, lamentując przy tracącym prąd Kubie widzę lecących obok taśmy Dzików, którzy dopingiem niosą swojego przywódcę do technicznych przeszkód. Przejmuję supportową sztafetę i próbuje dotrzymać szybkiego kroku wodza. Pozytywne skinienie głową potwierdza, że jest dobrze, że kontroluje sytuację, że ma jeszcze zapas. Widzę co obaj wyprawiają na „Diabłach” (tak Niko nazwał Gibony). Robią tam chickeny. Nie szarżują. Z szacunku do siebie nie podejmują ryzyka. Namiot pierwszy opuszcza Rob. Już tylko haki. Aż haki. Wiem, że mogą zatrzymać, namieszać. Ugasić ogień. Zabić marzenia. I wiem, że on też o nich myśli. Że się ich obawia. Widział co wcześniej zrobiły ze mną. Z pewnością siebie bierze je w żylaste łapy. Pewnie zawisa. Wisi, przesuwa się. Mozolnie, powoli. Ale przesuwa. To nieludzkie. Tak długo się nie da. Cytując Szumniaka – „trzymał je siłą woli”. Ładuje w dzwonek. Wrzawa. Euforia. Samego bohatera i nasza. Ja wybucham. Stewardka grozi mi i krzyczy. Uciekam za uciekinierem. Niemniej rozemocjonowany, zawsze wspierający starszego kolegę Hajnos zostaje na przeszkodzie upewniając się, że Anglik tam posiedzi. Ja pijany z radości drę mordę w niebiosa. Robert jak orzeł unosi ręce w geście zwycięstwa. Wie że to ma. Przed nim tylko siłówa i Snake. A on tam nie straci. Cisne jeszcze chłopa bo czas zajebisty wykręca.

Wreszcie Mistrz kończy. Speaker trąbi nauczony poprawnie wymawiać niełatwe nazwisko annonsując: Polish World Champion…!!! Uśmiech, szczęście, radość na twarzy nie tylko zawodnika. Wszyscy to czujemy. Wszyscy to wiemy. Wszyscy Go szanujemy.
Wracam do rzeczywistości. Myślę o poddanym Mikrucie. A ten zaraz wspierany przez nieocenionego Radzika finiszuje właśnie. Z opaską. Inrcedible! Przecież on już nie żył! Prezes przelatujący obok na niebieskiej przeszkodzie wskrzesza jego duszę i przedramiona. Jak ten chłopak (Mikrut) mnie znowuż zaimponował to szok!


Wiele w sporcie widziałem. Różnych wygranych. Na przeróżne sposoby. Perfekcyjnych, mistrzowskich przejazdów kajakarzy, które na długo w powtórkach cieszyły moje oczy. Wiele w sporcie przeżyłem. Różne starty wygrywałem. Doskonałą formą na najważniejszych imprezach brylowałem (Mistrzostwa Europy 2019). Mistrzostwo zdobywałem (Mistrzostwa Świata 2018). Ale w takim stylu i w taki sposób tylko On.
His name is KRZYSTYNIAK.
ROBERT KRZYSTYNIAK

Jedna uwaga do wpisu “El Capitano. Mój idol

  1. Agata Wichrowska

    Ogromne gratulacje Dla Was wszystkich, Emocje tego rtykułu czuć w każdym słowie, az się spocilam czytając 🙂 Brawo dla Roberta Krzystyniaka, niesamowity człowiek nie sadziłam ze moze na siecie być większy dzik niz ty sam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.