Price of Bronze

🕐Before contest… czyli druga strona medalu🥉

Watch movie

Niemalże większość Homo Sapiens, a już z pewnością ta część nie interesująca się sportem widzi tą pierwszą stronę. Ten wynik. Rezultat startowy. I on jest dobry albo zły. Łatwy do oceny. Często nawet systemem zerojedynkowym. Wygrał lub przegrał. A jeśli jest zupełnie inaczej? Może ten drugi na podium to nie jest pierwszy przegrany? A co jeśli każdy startujący rozgrywa swoje zawody? Ma swoje ułożone w głowie? Swój cel? Dąży do niego i go osiąga… zdobywając 164 miejsce? Wygrał bo zaryzykował. Przełamał swoje granice. Zyskał przez to z 15 pozycji. Zostawił za sobą jeszcze ponad 300stu zawodników. Jest w lepszej, pierwszej połowie na wynikach. Jest lepiej niż przypuszczał. Uhahany, z uśmiechem od ucha do ucha. Zadowolony z siebie.
Czy możemy to podwarzać? Czy mamy prawo to oceniać? Nie wiem. Ale wiem, że z różnych perspektyw patrzymy i co innego widzimy.
Tym wstępem chcę opisać po krótce jak to było z przygotowaniami i tym co niewidoczne gołym okiem. To co jest za mną na podium, zakryte umiejętnie moim dennym uśmiechem.
Wielokrotnie powtarzałem, że podczas czerwcowych Mistrzostw Europy w Gdynii miałem formę ponad normę. Bez dwóch zdań. Czułem, że mogę góry przenosić, konstrukcje łamać i jeszcze mi sił zostanie. Jeśli za bardzo mnie poniosło to zniże swój wyczyn do tego, że żaden ciężar na trasie nie był mi straszny, a wisieć w uścisku mogłem praktycznie ile chciałem. Byłem mega zadowolony z siebie. Wszystkim tego uczucia życzę! Euforia u nadmiernie ambitnego proamatorskiego zawodnika skończyła się jednak szybko. A dokładnie wtedy, gdy ogłosił, że wybrał nowy cel: Mistrzostwa Świata w październiku. Ciało wypoczęte po wakacyjnym roztrenowaniu z rodziną było gotowe na nowe zadania, które mu trenerska głowa narzuciła. Ale ta głowa czuła, że to łatwe nie będzie. A to dlatego, że sport znała i wiedziała na czym polega periodyzacja treningu ze zbliżaniem się z formą i osiąganiem szczytu wtedy co się chce. I choć nie krzyczałem tego na głos (ale wspominałem w niektórych rozmowach), byłem przekonany, że trudno jest powtórzyć szczyt trzy miesiące po poprzednim, tym bardziej jeśli ten był wysoki. Tak było, tak jest i tak pewnie będzie. Potwierdzone wieloletnie obserwacje w różnych dyscyplinach sportowych. A jestem z kilkoma powiązany. Czy to znaczy, że czerwcowy mistrz nie może być także mistrzem w październiku? Może być. Ale to zależy oczywiście od konkurencji (przeciwników), kategorii w której się startuje, presji (obrońca tytułu czy underdog) i pewnie jeszcze od wielu innych czynników. Ale ja tutaj nie o tym. Mówię o formie, poziomie swoich umiejętności, wyczuciu, stanu świadomości w porównaniu z samym sobą z przeszłości. Uważam, że zdarza się to niezwykle rzadko by być dwa razy w roku supermanem. By dwa razy naprawdę mocno peak’ować. Ale zdarza się. Jeśli ktoś jest wybitną jednostką i prawdziwym mistrzem w swojej dyscyplinie. Jeśli program treningowy jest skrojony perfekcyjnie pod niego, albo wręcz przeciwnie – jeśli nastąpiły w nim jakieś nieplanowane anomalia w postaci kontuzji lub niemożliwości trenowania specjalistycznego. Ale potwierdzam. Rzadko to występuje. Tak w skrócie, po mojemu; zdarzy się nie raz wygrać dwa razy w roku złoto na największych imprezach, ale rekord (czytaj mega szczyt formy) bijemy tylko raz.


Z takim przekonaniem musiałem trenować i przygotowywać się do MŚ. Zmieniałem i urozmaicałem, by stereotypowo tego nie zrobić. Poszalałem w ultra. Choć nogi tym spowolniłem, psychę wzmocniłem. Odnalazłem predyspozycje i… pomysły na przyszłość. Spowodowało to, iż po tym długim spartańskim wybieganku (mowa nie o samym starcie, ale całym do tego przygotowaniu) bardzo nie chciało mi się biegać szybciej. Crossfitowe Tornada i pompujące Ciabatty robiłem już za karę, bez radości, z chęcią pożygania się. Odliczałem dni, treningi do Mistrzostw jako proces, który chcę zakończyć. Na trening szedłem jak na ścięcie. Pętle HR ubierałem jak na szyję. Jednak robiłem, co zamierzyłem. Uparcie i z przekonaniem, iż warto. Bo jest jeszcze coś takiego jak nadzieja. Wielokrotnie tracona, jednak nigdy nie pogrzebana. Często jako ostatnia pomoże, doda motywacji. Wierzyłem, że poświęcenie i trud włożony w realizację planu odda w jakiś sposób. Miałem ogromne poczucie, że jestem far far away od homeostazy. Naruszyłem znacznie równowagę. Czując, że wiszę na granicy kontuzji (szybkie zrywy i bieganie nie dla mnie) stawiałem na regenerację. Odpowiednią długość spałem, przez co o odporność dbałem. Ta jednak spadła. Uczucie niemocy i ziaziu na wargach pojawiło się w ostatnim tygodniu przedstartowym.W tym co już wypoczynek, śmiesznie krótkie treningi. Czułem się jak himalaista, który podczas ataku szczytowego był blisko jednak… szczyt minął. Dobrze się odżywiałem. Trochę eksperymentowałem, ale to tylko po to byś Ty nie musiał tego robić:). Sprawdzałem jaki rodzaj paliwa (pożywienia) pasuje do okresu treningu, który wykonywałem. Bo niby to wiem, niby o tym czytałem, autorytety tak mówią, ale teoria, teorią – Prusok musi przetestować i na sobie spróbować. Niczego nowego nie odkryłem. Żarcie ma wpływ na to jak się czujemy i regenerujemy. A na brak zapasu glikogenu w większości uprawianych dyscyplin nie możemy sobie pozwolić. Ba, uważam nawet, że żarełko po części decyduje jacy jesteśmy; dla siebie, dla innych. Ale o tym pewnie w głębszych rozmowach przy kawie:).

Just before contest…


Tak więc godzina zero zbliżała się. Zewsząd dolatywały informacje, że tytuł Mistrza M30-39 należy mi obronić. To ja już wtedy wiedziałem, że tak nie będzie. Nie dlatego, że do kategorii wchodzą młodsi, teoretycznie mocniejsi. Dlatego, że to o czym piszę powyżej jest prawdą, a ja wiedziałem jak się czuję. Supermanem z czerwca nie byłem. Flashem i Hulkiem też nie. Co najwyżej Spidermanem, który liczył, na swoje mocne sieci. Na szczęście, które sprzyja tym lepszym. A ze sfery psyche to zdobyć tytuł jest znacznie łatwiej niż go bronić. Tego pewnie nie wiedzą Ci, co bezefektywnie motywują wspominając o tym. Przy ostatnich dopieszczeniach (kilka dni, godzin przed walką) moja głowa jest gdzie indziej. Przebywa z dzieciakami, pracuje z pacjentami, organizuje niełatwy wyjazd grupy sportowców do dalekiej Japonii, by spokojnie z żoną i wielką Dziką rodziną uderzyć na Londyn.
Czy to sprawiło, że jest tylko brązowy medal, czy aż brązowy medal? Czy los mi oddał poświęcenie w postaci tego krążka? Czy może odpłaci w czym innym? Nie związanym ze sportem? Czy czwarte miejsce na survivalowym dystansie 15km to porażka czy sukces? Oceń to sam. Ale pozostaw dla siebie. Bo ja swoje wiem😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.