Recovery po Japońsku

Do Japonii 🎌udaję dzień po zakończonych Mistrzostwach Świata OCR w Londynie. Spełniony, zniszczony, bez planu. A raczej z planem nie robienia nic. To znaczy nic sportowego. Popuszczenia sobie. Uwolnienia się od rygoru narzuconego sobie poprzez systematyczne trenowanie i życie temu podporządkowane. Lecę✈️ z poczuciem i chęcią „zeszmacenia” się. To stan kiedy nie krępuje Cię nic przed zjedzeniem syfu🍟, wypiciu większej ilości toksyn🥃, pozwoleniu sobie na kaca czy dłuższe spanie bądź leniuchowanie. Inaczej mówiąc „chulaj duszo, piekła nie ma” 😁. Miały być tylko obowiązki pracy i ewentualny ruch jeśli tylko będzie ochota. Mnóstwo czasu na czytanie i nadrabianie tego, czego wcześniej się nie dało. Ewentualne pochorowanie się, bo i na to czas przychodzi by równowaga była zachowana. A tym bardziej, że okres dużej intensywności i oprycha na ryju wskazywały, że tak będzie – a może podświadomka tego chciała? (Lepiej teraz niż w sezonie:). Tak zawsze podchodziłem do sprawy. Produkcja przeciwciał wskazana teraz by od zimy można było cisnąć.

Tak więc z takim nastawieniem🛬 ląduje w Narita Tokio. Dobrze postrzelony Jetlag’iem jestem pewny, że w osłabieniu te „inne” azjatyckie bakterie mnie dopadną.

Miało być jednak inaczej. Los inny scenariusz dla mnie napisał na te dwa tygodnie w Japonii. Ten sam los chciał, abym był sprawny umysłowo i gotowy do zadania jakie mi powieżył tj. ogarnięcia sześcioosobowej sportowej ekipy udającej się na rekonesans warunków i testowania toru kajakowego przyszłych Igrzysk Olimpijskich. I ten sam los nakazuje mi przestrzegać zasad samemu głoszonych i minimalizujących skutki długich podróży. A to sumujac wszystkie środki transportu wyszło ok. 20 godzin. I tak nawyk nasuwa mi skarpety uciskowe na golenie, nakłania mnie do wielu wędrówek po samolocie i proszeniu steawardes o częste dostarczanie wody. Ten sam nawyk nie chce przyjąć części samolotowego gumowego jedzenia pilnując już nauczonych czterogodzinnych okresów intermittent fasting, o których więcej <tutaj>. Los też podrzuca mi poprzez senseja Damiana książkę, która przykuwa moje zainteresowanie. O dziwo początkowo traktowana jako poradnik z przepisami kulinarnymi zaczyna być traktowana jako poradnik z przepisami… na życie. Temat wschodniego wyznawania zasady Jin-Jang☯️, teoria kosmicznej energii „chi” oraz podróż do kultury wyznającej to wszystko sprawia, że coś się zmienia. Nie mam ochoty się „szmacić” tylko czuje potrzebę jeszcze większego zadbania o siebie. I tak, jeszcze w dzień lądowania, z Jumanji w głowie nie zapominam o popodróżnym marszobiegu. Po tym zasypiam na 10 godzin. Budzi mnie wczesny wschód słońca o 5 rano, a mnie z łóżka zrywa jakaś energia i chęć przewietrzenia płuc intensywnym oddychaniem na zewnątrz. Podczas porannej gimnastyki wkręcam sobie, że będę stosował nauczone wcześniej techniki Wima Hofa, rozciągał, mobilizował przykurczone i posklejane mięśnie. I decyduje się to robić codziennie. A nawet dwa razy dziennie. A może częściej jeśli będę miał na to ochotę. Po zimnym prysznicu udaje się na śniadanie i niedowierzam. Jest ono jakby przygotowane pode mnie. Spełnia wszystkie moje wymarzone wymagania energetyczne i smakowe. Są warzywa, są jaja, są rybki, kiszonki, owoce, groch i tofu. Do tego wodorosty. I zupa kukurydziana. Wooow. To żarcie jest przeciwzapalne! I tak przez 2 tygodnie ma być!

☯️BIAŁKO=WĘGLE☯️

W ten sposób, z postanowieniem częstego spacerowania (przy okazji zwiedzania:) zaczynam zgrupowanie roztrenowanie. Na torze skakanka i matayoga motywuje mnie do utrzymania mięśni w prawidłowym napięciu, a w hotelu sprzęt piłeczkowo- rolerowy mobilizuje je do odblokowania. Następny ranek o dziwo bez problemów związanych ze zmianą siedmiu stref czasowych wygląda podobnie. Bez budzika, zegarka wstaje, idę oddychać i… biegać. Bez zadań. Czysta przyjemność i sprawdzenie terenu. Postanawiam robić to częściej. Lubię to. Czuję, że reguluje to mój metabolizm. Układ pokarmowy. Kochałem uczucie rozruszany wskakiwać do śniadań, które wciagałem w gigantycznych ilościach. Potężna dawka antyoksydantów pochodzących z innego niż dotychczas jedzenia sprawia, że moja gębą się cieszy, brzusio dostaje to co chce, a rany po weekendowej bitwie o Londyn goją się jak na psie. Nie przepijajac kawą, czuję się wypełniony przez wiele godzin. A co ważniejsze, nie obciążony. Ta część człowieków bardziej świadomych wie o czym mówię. A ta mniej świadoma niech dalej wpierdala przetworzone, odbierające energię potrawy. Przepraszam, poniosło mnie. Mam przekonanie, że odkryłem trochę innych smaków i rodzajów żarełka właśnie dla mnie. Z pewnością jest to dynia, tofu, i „glony” których tak unika moja polska ekipa(: nie musiałem się martwić, że braknie). Motywowany wciąż kolejnymi rozdziałami poleconej książki o pięciu przemianach dodaje nieco pikanterii do potraw co odpowiada akurat okresowi jesieni, w której jesteśmy. Unikam, zatykaczy dupy w postaci chleba czy bułek. Makaron też sporadycznie. Jajo zastępuje hamburgerami tofu (mniam). Ryby tyle co w sushi 🍣. Przez to ryżu nieco więcej wchodzi. Ale nie obżeram się na noc. Od alko stronie. W ciągu dnia na chwilę odłączam się od ludzi. Około południa wyłączam umysł stosując kilkuminutowa drzemkę. Tyle wystarcza. Ja tak odpoczywam. Wprowadzam także zestaw ćwiczeń regulujących moje narządy wewnętrzne. Takie proste, a takie fajne.

Z naturą…
z humorem…

Dobra, zanim ta część nieświadomej ludzkości zacznie uważać mnie za dziwaka i szarlatana zamykam już powoli temacik. Dodam tylko, że po tygodniu nie czułem już praktycznie tak obolałych wcześniej i poobijanych gnatów i śmiało mogłem ruszać z treningiem. Jednak tego nie zrobiłem. Bo jak postanowiłem; rzucam na jakiś czas ten nałóg. Pozwoliłem sobie tylko na zbadanie gęstości wody 20 minutowym pływaniem wpław i chwilą beztlenowego przepłynięcia się kajakiem przez tor (aby zgodnie z zasadą zaliczyć każdy w miejscu świata gdzie się znajduję). Truchtając po Tokio zrobiłem w sumie ponad 60k, a spacerując chyba ze 100😮.

Dobrze nakręcony, pozytywnie nastawiony poznaje fantastycznych ludzi, którzy okazują się bardzo wartościowi. Od japońskich samurajów po mistrzów/mistrzyń sportu oraz sportowego myślenia i prowadzenia się. A to daje kopa. Podobnie jak wciągnięta w dwa dni książka „Najlepszy” przypadkowo podrzucona przez kolegę z pokoju Piotra. Przypadkowo? Ja już w to nie wierzę:)

Teraz, w locie powrotnym🛬, gdzieś nad Syberią, mam czas na rozmyślenia. Dochodzę do swoich wniosków, iż możemy pozostawić wszystko przypadkowi, losowi. Możemy żyć jak cieniasy, wiecznie marudzić, w owczym pędzie i komforcie konsumować, stereotypowo podążać za niewiadomo czym i czekać na… niewiadomo co. Chorować. Możemy też tworzyć, sami kreować przyszłość, żyjąc zgodnie z tym co natura mówi i wykorzystując na maksa to co los podrzuca. Cieszyć się zdrowiem. By coś zdziałać, trzeba próbować. By wygrać, trzeba coś poświęcić. By dostać, trzeba coś dać. Tak to działa. Japonia mnie w tym przekonała. I to w zaledwie 14 dni. ARIGATOU

Focia by Karol Malec