72 godziny

Strajk głodowy. Każda tego typu akcja ma jakiś cel. Czy to chęć pokazania światu swoich poglądów, czy potrzeba uzyskania czegoś w zamian manifestowanego poświęcenia. Jaki ja miałem cel? Co ja chciałem uzyskać? Krótko odpowiedź może zabrzmieć; ZDROWIE. I jest w niej dużo prawdy. Jednak poprzez moją masochistyczną chęć udowadniania sobie oraz eksperymentowania na sobie, możliwe, iż kierowany ciekawością, chciałem odczuć osobiście to fatalne uczucie głodu, a przyjemne uczucie pustki w trzewiach. Wiele o tym słyszałem, jednak nigdy nie próbowałem. A może chodziło o coś więcej? Może chciałem znów się zmierzyć sam ze sobą. Udowodnić sobie coś. Kolejne wyzwanie. Kolejny challenge.

Jak zapewne da się zauważyć, mam pewne wątpliwości i nieco mocniejsze zainteresowania w temacie (bez)sensu ludzkiej egzystencji. Otóż wciąż mnie zastanawia, zadziwia co pcha nas ludzi do czynienia czynności, sposobu postępowania, wyborów, decyzji jakie podejmujemy. Jak to działa, że gatunek ludzki uciekając od naturalności szuka komfortu wybierając łatwiejsze drogi. Nie chce się męczyć. Chcę by było mu ciepło, wygodnie i zawsze była możliwość konsumowania czegokolwiek. I co najważniejsze, to żeby inny przedstawiciel gatunku miał gorzej. Lub co najmniej nie lepiej od nas. Where the fuck we are going to?

Dobra, trochę odbiegam od tematu, którym ma być POST, czyli przerwa w dostawie prądu… tzn. gazu….tzn. paliwa… a mówiąc jak człowieki – pożywienia. Tym bardziej teraz, świeżo powrócony z Dalekiego Wschodu zdałem sobie sprawę, że mało widziałem w tej sprawie. Temat zdrowia i bardzo powiązanej z tym dziedziny żarcia rozpatrzałem, rozważałem i analizowałem tylko wedle tego co zauważałem, co naukowego przeczytałem… i z tym się zgadzałem lub nie. Potrawy na najmniejsze cząsteczki energii rozkładałem, grupowałem, do gęby wkładałem lub odrzucałem. Dużo już wiedziałem, albo w dupie byłem i gówno widziałem. Wyprawa do Japonii z pewnością zwiększyła moją świadomość i wiedzę o wschodniej sztuce dbania o zdrowie. Podpatrzenie, doczytanie i rozmowy z członkami skośnookiego plemienia technologicznie rozwiniętych robocików zamieszkujących krainę kwitnącej wiśni skłoniły mnie do głębszych przemyśleń w dziedzinie zdróweczka. I idącego za tym jedzoneczka. Ta sztuka objawia się tym, iż można jeść tak by żyć lepiej, intensywniej, energiczniej, radośniej. A można też żyć by jeść. My europejczycy zdecydowanie preferujemy to ostatnie zaspokajając żarełkiem zmysł smaku. Wspomagając się przy tym węchem i wzrokiem, by ładnie pachniało i soczyście wyglądało. Ba, dla niektórych żarcie ma nawet syczeć na gorącej patelni żeby uszka były połechtane:). Traktując życie jako przerywniki między posiłkami wyczekujemy z niecierpliwością obiadu czy kolacji. Podrażnieni lekko głodem lecimy do przodu kolejki jak Rokfor (tak miała na imię mysza z bajki Chip&Dale?) do sera🧀 by jak najszybciej zaspokoić narkotykowy głód. Bo to dyskomfort. Coś złego. Coś co babunia nie wybaczyla sobie słysząc od wnuczka, że głodny. A ten wnuczek wie, że znacznie lepiej być niedzojedzonym niż przeżartym. Jeszcze nie zepsuty kieruje się wrodzoną zdolnością sięgnięcia po kęsa lub poinformowania, gdy czuje się głodny. To uczucie jest procesem trwającym w czasie, którego nie trzeba zaspokajać natychmiast. Nie jest to program zerojedynkowy GŁODNY-NAJEDZONY. Zamazywanie tego uczucia od najmłodszych lat poprzez ciągłe w siebie wrzucanie, podjadanie, spowodowało, że my nie wiemy co to jest głód zagrażający zdrowiu. Jeśli to czytasz to należysz do tej grupy. Prawda. Sorry. Witaj w klubie przesyconych, przeżartych świnek, które zrobią wszystko by było im wygodnie i przyjemnie. Od olania gestu przepuszczenia ciężarnej kobiety czy inwalidy w kolejce do mięsnego, po spuszczenie łomotu kierowcy opuźniającemu wjazd na skrzyżowanie, a tym samym pewnie wjechanie porcyjki pożywienia do jelitek. Dlatego w pędzie życia głupi człowiek zaczął jeść w biegu. W trakcie. Podczas wykonywania innych czynności. To już norma. Podjeść, podpić, a przy tym pogadać przez komórkę📱. Taki zestawik ułatwiający jest zawsze pod ręką nawet w samochodzie. Bo co to za bryka🚗 bez uchwytu na napój🥛 czy stoliczka na makunia🍟🍔🤭. All of that prowadzi do kolejnego problemu, którym jest wzrost syfu i śmieciarstwa. Brak przypadkowego jedzenia – brak śmieci wokoło. Widziałem to w Japoni. A wtopiło się to w moją pamięć poprzez niemalże godzinny dyskomfort noszenia kubka po kawie🥤 i skórki banana🍌 poszukując kosza na śmieci, którego… nie znalazłem. Wtedy zaczęły się moje rozkminy o kulturze jedzenia, której nie zostałem nauczony. Chcę trochę pohamować mózgi tych jadowitych małpek, którzy wraz z czytaniem widzą coraz większy szowinizm w tym co gadam. Otóż przyznaję, jestem człowiekiem, normalny Homo Sapiens, jestem głupi i tak samo postępuję. Dzielę się tym co zauważyłem i poddałem rozważaniom w mojej zakrzywionej psychice.

Pzdr z pokładu lemingów Ryanair😉

W tej chwili muszę przerwać, bo dzieje się właśnie rzecz ciekawa. Samolot✈️, w którym siedzę jest opóźniony w starcie z powodu mgły. Zaraz po informacji Captaina o przynajmniej godzinnym postoju💺 idzie info o możliwości nabycia żarcia i picia. Zamówienia składane są intensywnie. Wręcz panuje lekki chaos; „coffee☕, pannini🌮, pringels🍿 please” dobiegają głosy. A to wszystko reakcja na info o godzinnej przerwie. O nadchodzącej nudzie, którą trzeba zagryźć. Ależ my jesteśmy prymitywni! Okazuje się, że czekamy 3h, a ja sięgam po własnoręcznie zrobiony sushipodobny glon😁🍣. Jak zaznaczyłem – też jestem słaba jednostką.

Zejdźmy na ziemię, to znaczy na ziemi wciąż jesteśmy🛫, ale wracam do mojego małego indywidualnego światka. I mojego posta. Znaczy się postu. No wiesz, o tym niejedzeniu. Już nieco ochłonięty, lecz wciąż zafascynowany orientalną kulturą udaję się na zakończenie sezonu do Dzików, gdzie czeka mnie fajny czas😆 i… niefajny kac🤯. I hate it! Po tym niedzielnym hangover’rze robię głodny poniedziałek. Nic nadzwyczajnego. Znany już i sprawdzony odpoczynek od jedzenia. Lecz po wtorkowym na czczo rozbieganiu nie zdąrzam wrzucić śniadania przed obowiązkami. Do moich średnio comiesięcznych 40godzin wstrzymania się dorzucam jeszcze kilka. „Fajnie, będzie rekord” myślę. Po kawce mogę pracować dalej. O dziwo z dobrym efektem. I tak do wieczora. Mam już dwie doby. Nie może być. A ja na trening chce iść. Intensywny. MMA. Produkuje szklankę soku z jabłek, energetyzuje się i dawaj. Bez niego pewnie byłoby ciężko. Plan przyspieszenia metabolizmu treningiem, a potem zasłużona kolacja. Mniam. Ale zaraz, ja wcale nie mam ochoty jeść. Idę spać. Dolatuje kolejne 8 godzin. Ja pierdziele. Dobrze się śpi, a rano jeszcze lepiej wstaje na 6:30 do pracy. Potem umówione śniadanie z Nikosiem w hotelu Beskid. I w głowie zupa dyniowa🥘. Okazuje się że śniadanie skończone, a obiadu jeszcze nie ma. OK. Synek czekoladę, a ja z ojcem kawunia. Nie czuję głodu. Wracając do poranka to wydaje mi się, że czułem się świetnie, a moja praca była nadwyraz efektywna. To w dużej mierze zasługa odpowiedniego nawodnienia i pilnowania podaży witamin i minerałów (tutaj jak zwykle pomocny Juice Plus i Forever💊💊). Niko do szkoły, a ja na kamfie (kofeina, po której czuje się jak na amfie) idę na basen🏊‍♂️. Bez zadań. Pływam luźno i z przyjemnością. Potem w gabinet na kilka godzin. W zabezpieczeniu banan, na wypadek majaczenia do pacjentów. A tu odzew od nich, że „Pan to ma dziś energię!”. Więcej mi nie trzeba. Psycha dostaje kopa i w zasadzie odniechciewa się jedzenia. Maglując poszkodowanych, układam plan. Ma on wyglądać tak, że doczekam 72godzin, kupię kapuchę kiszoną i wprowadzę ją z ogórkiem do jelit. Niech zrobią tam porządek przez noc😴.

Jakichś rewolucji nie było, rankiem po ćwiczeniach oddechowych jem z synkami śniadanie. Zdrowe, nieprzetworzone. To uczucie lekkości i czystości w jelitach nie pozwala wrzucić byle czego. Do tego komentarz Tymka „Ty tatuś to musisz mieć teraz mało bakterii w buzi jak trzy dni nie jadłeś” – mój Synek😁. Niko dodaje coś o oszczędności w tym co zrobiłem przekonując mnie tym samym na zakup bazy Playmobil😯.

Tymi wydarzeniami wracam powoli do rzeczywistości. Czyli przygotowuje południowy posiłek i planuje co zjem na lunch za osiem godzin. Back to normality. But not really to humanity. Rozmyślam o ostatnich trzech dobach. O tym co się działo, jak się działo, jaki ja byłem i jaki świat był dla mnie. Był to czas jakby pewnego amoku. Na lekkim jumanji (nie wiem jak opisać ten stan) dostrzegałem sytuację i rzeczy wcześniej niezauważalne. Na przykład bezsensowne sięganie po przegryzki na stole, do lodówki po światło itp. Mamę odwiedziłem aby pogadać, a nie jeść (choć niełatwo odmówić jej nawykom wciskania jedzonka do buzi 😋. Miałem więcej czasu. Nie poświęcałem go na przygotowanie posiłków czy na wypad w przerwie na amu. A ja uwielbiam mieć więcej czasu⏱️. Na niektóre sprawy spojrzałem jakby bez mgły, do głowy wpadły w tym czasie fajne pomysły. Z pewnością byłem bardziej spokojny cierpliwy. I choć nie cierpiałem przy tym bardzo to porównuję to do biegu ultra, który chce ukończyć, ale po zaliczeniu pewnych etapów decyduje się biec dalej następny. Bo czuje się mocny. Zdeterminowany. Co za mental. Bez tej próby nie wiedziałbym, że kawa na puste jelita może być takim dopalaczem, że ciało „niewypchane” staje się bardziej elastyczne. Nie odczułbym na własnej skórze „własnej skóry” jakby cienkiej, wiotkiej powłoki. Miałem wrażenie jakby „zassania” jak to nazywał mój kolega Tomek Brzeski. Czy to jest spowodowane spaleniem tłuszczu? Nie wiem. Ale syfu na pewno. Co do treningu w tym okresie to uważam, że jednostki tlenowe wchodzą przesympatycznie, lecz intensywne zwalają z nóg.

Podsumowując, mój samozwańczy „#NieJedzenieChallenge” przez 3 dni otworzył moją łepetynę na wiele możliwości. Ujawnił słabości, ale także mocne strony. Które na pewno chcę jeszcze wzmacniać. Upór, determinacja, dążenie do celu bez wątpienia się przydają. Do tego wiara w nieprzypadkową przypadkowość jak wnikliwe przeczytanie książki „Najlepszy” o ważności dążenia do celu, determinacji oraz oglądnięcia genialnego „Jokera” ukazującego słabość gatunku ludzkiego, któremu trzeba odpowiedniego bodźca w odpowiednim czasie i staje się nieludzki.

Reasumując podsumowanie: jesteśmy mięczakami, którym wydaje się, że robimy niesamowite rzeczy (jak bieganie w błocie, zanurzanie w zimnie, wygrywanie Mistrzostw Świata), a nie potrafimy urwać trzech dni z ok. 26000 przeżytych w komforcie zaspokojenia łaknienia. Dlatego uważam Twardy Ziemianinie, iż zanim ogłosisz się mistrzem survival’owych biegów, zanim zgłosisz się do Grom’u albo nazwiesz się Chuckiem Norrisem… zrób wcześniej banalną czynność – nie jedz kilka dni.

😉😉😉😉😉😉😉😉😉😉

Jedna uwaga do wpisu “72 godziny

  1. Pingback: 3 weeks over the ground – PIOTR PRUSAK ADHD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.