OXYgenuary

Na wstępie zapytam; czy tytuł posta nie jest genialny? Jak nie zsuważyłeś to looknij jeszcze raz. Jeśli nadal nie kumasz to po przeczytaniu kilku wersów rozjaśni się. Tak więc, jak godołem, postanowiłem inaczej trenować. Zacząłem od nowego roku, od miesiąca January. Wystartowałem pod hasłem OXY, czyli tlen. Bravo!!! Już rozkminiłeś tytuł posta😃.

Postanowiłem zrobić konkretną bazę (jako dzieciak uwielbiałem robić bazy). Chcę uzbroić się na „wszelki wypadek”. Na wszelaki sport. Just in case być gotowy na wszystko. Co przyniesie los. Bedzie śnieg to na skitury. Bedzie czas to Run2Summit. Zadzwoni Krzystyniak to Turbacz. Zaproponuje OCR nie odmówię. Tak jak Szumnemu Swimruna. A jak śnieg stopnieje to na pewno upoluje start w triathlonie. Ultra gdzieś blisko ogłoszą, tez nie minę. Co łączy te sporty? Przygotowanie tlenowe. Ogólnorozwojowe. A stosując periodyzację, to w okresie zimowym jest tego dużo. Zwie się OBJĘTOŚCIĄ. I nie robi się jej intensywnością. Raczej długo, i przyjemnie. W tempach pozwalających na rozkoszowanie się naturą, głębsze przemyślenia a nawet konwersacje. Nie jestem jakimś oryginałem, bo każdy ruszający się i sensownie myślący proamator większości dyscyplin będzie chwalił się gigagodzinami spędzonymi na treningu. I ja zrobię to samo. Opowiem o moim sportowym styczniu 2020.

Zacząłem w Krakowie. 10 dni w noworocznym okresie pozwoliło mi się „wdrożyć”. Chciałem jak najwięcej urozmaiconych jednostek treningowych zrobić. I choć warun spowodował, iż narty biegowe w bagażniku przeleżały, kolega Jakub zorganizował mi zastępstwo, użyczając nartorolek. Ten sam Jakub umożliwił mi pedałowanie w zimie na trenażerze podłączonym do Zwift’a – mega fajna sprawa. Grzechen byłoby nie skorzystać też ze stojącego obok ergometru kajakowego. A by zadowolić i pogonić trochę Tymka poprzeplatałem to z torem przeszkód. Biegowo bawiłem się wymyślonym challengem 7before7, kiedy przez 7 dni, biegałem 7 kilometrów, przed godziną 7 rano. Do tego codzienna mobilka, yoga i sporadyczne skoki do wód Starorzecza Wisły.

Te 10 dni sprawiły , ze czułem się świetnie i w pełni gotowy do następnego etapu. Jednak do zrobienia jeszcze jedna czynność: wydziarać się. Wrzucić na żebra od dawna rysujący się w głowie obrazek. Świadomy i zadowolony z faktu, że trzeba będzie pauze od treningów zrobić. Ale nieświadomy bólu jaki mnie czekał. Po dwóch godzinach wyłem i szlochałem prosząc wszystkich bogów i Mistrza wykonującego by to się skończyło. Teraz po czasie cieszę się z tego przeżycia – bo lubię nowe doznania – ale za wtedy jak najbardziej Wojtku i Natalio jeszcze raz przepraszam. Sobą nie byłem. By the way; teraz już wiem, że podczas tortur i związanego z tym bólu prędzej czy później każdy się wysypie.

Wracając do sportu. Pięciodniowa przerwa (Mistrz Łyżwa zalecił dłużej) i znów zaczynamy trening. Ta przerwa super zadziałała. Czuje sie w pełni zregenerowany, jakby naenergetyzowany. Trening mam już zaprogramowany. Pod warunki nadchodzącego zgrupowania z kajakarzami. W cieple. W Emiratach Arabskich. Trzy tygodniowe mikrocykle z bieganiem technicznym, bieganiem i maszerowaniem po górach, siłownią i basenem oraz różnymi formami treningu recovery, jak choćby rolki czy spacery. Możliwość mieszkania pod majestatyczną górą nakłania mnie do wzięcia udziału w samozwańczym challenge’u wyjścia na nią 21razy. Najczęściej rano. Przed jogą i śniadaniem. Pysznym, ogromnym, przemyślanym. W którym jest nawet więcej niż potrzebne. Czyli biało, tłuszcz, węgle, witaminy, minerały i przyprawy. Tutejsze – kardamon, kurkuma i kolendra.

I tak dbając bardzo o regeneracje (sen i żarcie głównie) zaczynam pracę nad zawodnikami… i nad sobą. Zaplanowane z głową treningi i ich modyfikacje w zależności od samopoczucia wykonuję z wielką przyjemnością. Bo jak tu nie lubieć III i IV strefy w tak cudnych okolicznościach. Siła nóg robi się praktycznie bez siłowni. Ale na niej też coś tam dźwigam. Choć nie tyle co w tamtym roku. Większość jednostek robię, kiedy inni śpią, albo gdzieś tam wyjeżdżają. Jak już o jednostkach to bilans stycznia miał sie następująco:

66 aktywności na zegarku. W tym:

  • 16 x yoga
  • 10 treningów biegowych
  • 2 x 7 challengowych 30 minutowych porannych aktywności
  • 10 x siłownia
  • 6 x basen
  • 3 z OCR
  • 3 x rolki/nartorolki
  • 2 x rower
  • 2 x ergometr kajakowy

Aby plan się powiódł – czyli dotrzymać trzy tygodnie w energii, dostarczając ją także innym, wykonać najlepiej jak potrafię swoją pracę i mieć jeszcze ochotę na swoje trenowanie, nie będąc przy tym uciążliwy dla ninnych wiedziałem, że muszę dbać o regenerację organizmu. A robiłem to trzymając balans – pomiędzy obowiązkami, treningami a luzowaniem. To znaczy zwalnianiem, wyciszaniem, zmniejszaniem kortyzolu. Pomagał mi w tym trening uważności, poranne wyprawy na „moją” górkę i tam doznawanie spokoju bycia „tu i teraz”. Dobrze przełączającą tryby TRENING/ODPOCZYNEK okazał się być dla mnie floating. Byłem zaskoczony kiedy po siłowni  nabuzowany samczą energią tygrysa, w pięć minut zmieniam się w potulnego baranka. Wiedziałem też, że potrzebuję odporności. A wierząc, że choróbska przychodzą z jelit, pilnowałem michy jak trzeba. Praktycznie bezglutenowo przebrnąłem przez obóz nie mając ciśnienia na mączne rzeczy. Ale by i w tym troche równowagi było to naleśniczki Bunii wciagałem z miłą chęcią, a z małymi i dużymi Dzikami pałaszowałem po swojemu przyrządzone jajeczne tościki „na złoto” (Tymek chyba tak je nazwał:). Na wieczór kupa warzyw zasypana ziołami, przyprawami i zalana olejem (naywa się to chyba sałatka), co niekoniecznie podobało się Marcinowi pod koniec obozu😷😤. By utrzymać stan calm i przywspółczulny układ nerwowy kofeina była wciągana w ilości minimalnej. A pyszne decafe pozwalały mi zaspokajać chęć na ten czarny antyoxydantowy, aromatyczny napój. Rytm dobowy ustawiłem z dokładnością do promyka słońca. Wiedząc, że chronotyp mam 100% lwa (więcej kiedyś o tym) układałem obowiązki zgodnie z dystrybucją energii, czyli z rana ogień, a wieczorem gleba. Rzadko udawało mi sie dotrwać do nocy. Z wszystkich domowników na chacie komara przycinałem pierwszy. Za to z rańca pierwszy na nogach ogarniałem treningi, oddychanie, papierologie, maile wchodząc do sieci. A wszystko zanim słońce zza górek sie pokazało.

Cieszę się z faktu pokazania samemu sobie, iż pomimo natłoku zajęć i intensywnego zgrupowania mogę cieszyć się super humorem i energią. Obserwacja swoich objawów (stany zapalne, zbułowane uda, wrażliwość lub senność nakłaniały mnie do roszad w jednostkach treningowych i odpowiednie reagowanie treningiem wzmacniania izo i stretchingu odpowiednich partii mięśniowych (a nawet organów). Pozwala mi to również bardzo zrozumieć dolegliwości występujące u zawodników. Przy tym wszystkim wykonałem 59 interwencji fizjoterapeutycznych, lecz żadnej na sobie😃. Nie ukrywam, iż w przebrnięciu „gładko” i zdrowo przez to volumistyczne zgrupowanie pomogła nam pogoda. Nie było wysokich temperatur, a więc i klima włączana nie była. A mocz miał prawidłowy kolor💧😉.

Pewnie wyobrażając sobie ilość zrobionych przeze mnie treningów, i uświadomiając sobie, ile to jest godzin w miesiącu nasuwa Ci się zadawane mi często pytanie; „kiedy ty znajdujesz na to czas”. Szybciutko odpowiadam; „Kiedy Ty się nudzisz i robisz bezproduktywne czynności”.

Zmykaj na trening.

Jedna uwaga do wpisu “OXYgenuary

  1. Pingback: PIOTR PRUSAK ADHD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.