Overunning

„Dobrze żarło, ale się zesrało” tak zwykł mówić mój ojciec w sytuacjach, jaka mi się obecnie przytrafiła. Czyli, kiedy bardzo dobrze się trenowało, nawet niespodziewanie dobrze biegało i… jeb. Podczas biegowych „dyszek” (mowa o minutach nie kilometrach:) zapiekło przy lewej pięcie. Chciałbym sobie wmówić, że to tylko „pieczonko” ale aż tak nie oszukam swojego mózgu i powiązanego z nim całego układu nerwowo-mięśniowo. Czutka była, że to nie zwykły dyskomfort. A nawet pewność. Piotr z przeszłości kontynuowałby i zrobił trening do końca, martwiąc się po. Ale Piotr z teraźniejszości doczłapał najkrótszym dystansem do hotelu, rozmyślając o niesamowitości zbiegów okoliczności, a dokładniej potędze podświadomości. O czym gadam? Otóż w poprzedzający wieczór Pioter pomyślał lekko narzekając do siebie, że brak mu czasu, że lekko zmęczony i może by przerwał na chwilę to trenowanie. Myśli zostały wysłuchane, jednostka sterująca przekazała info do jednostki wykonującej – w tym wypadku achillesa – aby zapalił swoją kaletkę maziową uniemożliwiając jej ochoczemu właścicielowi na porywanie się z motyką na księżyc. No może nie aż tak daleko, ale w planie było zrobienie jeszcze trzech mocnych bieganek z kolejnym półmaratonem włącznie.

Choć czułem, że stópka coś nie teges od kilku dni, zwalałem na zwiększony kilometraż. I się nie myliłem. Znając swoje słabości biegowe, fakt używania butów niemalże bez podeszwy (no drop, no amortisation) by polepszyć technikę pokusiłem się na ciśnięcie biegania. Poza treningami doszły 4kaemki będące składową mojego samozwańczego, angielskiego, porannego challenge’a; obok yoginowania i morsowania – choć bez śniegu i mrozu, to w niełatwej, niskoodczuwalnej temperaturze. Po ogólnorozwojowym styczniu (czytaj), po którym czułem się dobrze rozbrykany, tutaj w Londynie przez brak możliwości uprawiania innych dyscyplin (chwyt i siłka jedynie) postawiłem na bieg. Wybiegłem tym biegiem znacznie poza głoszoną przeze mnie wszem i wobec rownowagę, homeostazę. Stworzyłem sobie program zgrupowania niemożliwy do realizacji. A na pewno nie na tym etapie, w tych warunkach i w tym obuwiu. I w takim stanie (głowa pełna myśli i spraw niesportowych), a to ma ogromne znaczenie. Kilometraż na miesiąc nie był ogromny. Ale w jednym tygodniu pocisnąłem z bieganiem. Nie dając czasu i waruna kończynom na regenerację. I nie robiąc tak ważnych przy tym ekscentrycznych wzmocnień „MAP” mięśni przyczepionych do miednicy.

Tak więc winowajcą zapalonej kaletki (z ang. Bursa) jest nie kto inny jak programator treningu a tym samym jego wykonawca. Za dużo sobie narzucił, a odpuścić nie potrafił. Bo głowa nie przyjmuje odpuszczenia. Ambicje i przerośnięte ego nie lubią odpuszczać. Żaden sportowiec nie lubi. A więc lepiej gdy programujący użyje słowa „zmodyfikujmy trening” zamiast „odpuśćmy trening”. Będziemy pamiętać.

Mógłbym pewnie teraz krzyczeć i przeklinać słowami typu; pie******y Achilles, je**na bursa! Ale nie zrobię tego. Bo dojrzałem. Pokornie przyjmuje co zj***łem.

Więcej poczytam w tych okolicznościach:)

Pozdrawiam z Londynu