De LIVER Week

Grupa „WĄTROBA”

Damian (starszy liver cleaner:) rzuca hasło: może w tym tygodniu znów zrobimy oczyszczanie wątroby? Będzie nów księżyca, a to sprzyja temu zabiegowi. OK – szybka odpowiedź ode mnie. Bez nawet chwili zastanowienia. Bo to fajne. I nie trudne. A ważne. Bo chodzi o organ, który uważam za kluczowy. W czym? W życiu. W samopoczuciu. W chęci i energii. W byciu zdrowym. Tak, to wątróbka jest nadrzędna. Kiedy Ona ma problem, to poleci zdrówko. Ona ma uzdrawiać ciało, regenerować po treningu, utylizować toksynę po zapiciu, przetwarzać co obżremy. Chyba nie mam ochoty pisać o jej funkcjach. Bo przecież każdy może wrzucić WĄTROBA na bęben i się dowiedzieć. A jeśli nie wiesz o obecności tego organu pod Twą prawą piersią to zrób to koniecznie. Poniżej screen z takiej wrzuty⬇

Kontynuując wątek o decyzji jej obczyszczania. Zrobiłem to już miesiąc wcześniej. Łatwo poszło. Szału, a bardziej szoku nie było. Poświęcenia praktycznie żadnego. Zaznacze, iż nie są mi obce rożne posty, głodówki i inne odchamianie a dokładnie oczyszczanie organizmu. Ten jest łatwy i nie wymaga katowania się. A według zasady w kupie raźniej, z „kupą” chłopaków Rafałem, Damianem i Michałem łączymy się w akcji. Powstaje messenger’owa grupa „czyścicieli”, która wspiera się na dobre i złe. Na gęsto i rzadko wymienia najitymniejsze szczegóły reakcji ludzkiego organizmu na różnorakie specyfiki. Na foci poniżej more less o tym (ktoś chętny to uchyle rąbka tajemnicy i podeślę kolejne 5 zdjęć z książki).

Czy to działa? Na pewno tak. Czy się lepiej po tym czuję – nie wiem. Bo czuję się ogólnie zajebiście😃. Ale mi czasem wystarczy poczucie, że zrobiłem coś dla swojego ciała by być z tego bardzo zadowolony. Wiem, iż istnieje wiele sposobów by pomóc sobie przez „wyczyszczenie” swojej wątróbki. Wszystkie pewnie mają na celu pozbyć się zbędnych kamyczków blokujacych drogi żółciowe. Nie jestem w tym ekspert. Damian podrzucił metodę Moritza i się zrobiło. Wiele rzeczy przy tym się dowiedział Pioter jak choćby to, że przy księżycu w pełni woda się wstrzymuje, a w nowiu przeciwnie i lepsza rzeźba na fociach wychodzi😃.

Sunday

Urodziny Nikodema. Ognisko. Wjeżdża litr soku jabłkowego, metnego (prawie)naturalnego. Warzywa grillowane. Bez nabiału i mięcha. Wg zaleceń Moritza. Zaraz, przecież ja i tak tego nie jadam. To tym bardziej łatwiej dla mnie😉. Ale coś za łatwo. Trza coś zmienić. Upodlić sie trochę. Pocierpieć. Na poniedziałek plan o samym soku przeżyć.

Monday

Akurat wypada 40sto godzinny post Pitera, po którym czuję sie jak lubię. Lekko, czysto i puściej. Zdrowiej. Litr soku na 5 porcji. Odmawianie pysznych obiadków babci Bunii i cioci Gieni przychodzi najtrudniej. Poczucie, że jakiś inny jestem, że świruje itp. Ale co tam! Wiem jak się czuję i wiem, że tego potrzebuję. A propo odmowy to podobnie jak kiedyś do Pani kelnerki rzeczę: dzisiaj tylko kawa bo post dwudniowy robię”. „Ale co Pan, jak to tak, nie boi się Pan o zdrowie swoje?” – nie mam pytań. Milknę i myślę, co Ci ludzie w głowach mają. I w dupach. Żeby w całym życiu, dnia bez żarcia za trudność i chorobę uznać. Słabe homo sapiens. W międzyczasie pojawia się potrzeba w góry się przenieść. Lecz noga wciąż biegać nie pozwala. Ale rower pchać może. Turbacz drogą GSB się w głowie rysuje.

Tuesday

Podobną chęć ma Krzysiu. Ale obowiązki też. Razem z nim i trzecim muszkieterem Pawłem robótke w Wietrznicy robimy i nieco po deadline’nie przez przełęcz knurowską startujemy. Elektrolity, minerały i 3 litry soku, pysznego jabłkowego w plecaku i 0,7 w bidonie. To już druga doba się kończy. „Czy masz energię?” pyta zmęczony jedzeniem głos Dzakoba. Na taką pracę w strefie II mam jej nawet w nadmiarze. I już pewny że do weekendu i soku dam radę. I mocno postanawiam to zrobić. Razem z zachodem słońca dojeżdżamy na nocleg. Pierwszy poza domem od czasu tej wirusowej propagandy. Tam już czeka sałatka. Nie będąc odpowiednio asertywny, nie potrafiąc odmówić Grzegorzowi zjadam ją ze smakiem. Szlak trafia postanowienie. Plan is changed. Do weekendu tylko sok i warzywa. No dobra, i owoce. W porach kiedy czuje potrzebę. Nieregularnie jak dotychczas w życiu.

Sałatka już zjedzona

Wednesday

Po kawie (bo na to zawsze zielone światło jest) startujemy w drogę powrotną. Przez Lubań. 30km za nami a tu mocy full. 15km przed nami a tu jeb! Rower szlak trafia. Na szlaku do Lubania. Bez łańcucha do Ochotnicy zjeżdżam. Tam linkę nabywamy i do celu sie holujemy. Co powiedzieć: śliczna przygoda.

Thursday

Ze wspolnych obiadów tylko warzywa wybieram. Owocami przegryzam. Full energii mam. Wszystko w Interpiter fasting (12h ON/12h OFF) utrzymane. Energia niesamowita. Jutro dzień wątróbki ma być.

Friday

Rano warzywa, w południe owoce. A w miedzyczasie 150minut pedałowania po wymagającej trasie IC Nowy Sącz. Z alarmem na 150HR by nie zakwasić i wątróbki nie zmęczyć. Bo to ona utylizować mleczan pomaga. Udaje się to. Nogi czuje, ale wytrzymuje. Okno anaboliczne zamykam wielką dawką owoców, ale potrzeba cukrów jest gigantyczna – w końcu 2,5godziny na bicyklu. I jeszcze dopijanie soczku. Prowadzi to do tego, że dopiero ok.16 zamykam gębę na żarcie, a nie planowo o 13. Ale za to „otwieranie dupy” opóźniam. Sorry poniosło mnie trochę. Ale dużo tu prawdy. Na wieczór trza wypić dwa szklankowe shoty gorzkiej soli epsom. Porobić ma ona rewolucje w jelicie i tym samym otworzyć wrota drugiego końca układu pokarmowego. Jeśli nie… czeka lewatywa. A jeśli tak, to i tak ta lewa wskazana. Potem oliwia z grejfrutem i bajabongo do wyra. Po to by kamyczki przy odpowiedniej atmosferze (ciepło i spokój) mogły opóścić układ wątrobowy i znaleźć się w układzie pokarmowym.

Saturday

Rano, budzę sie zmęczony. Ostatnim razem też tak było. Na wstępie bania soli – siup w dziób. Dużo bardziej nieprzyjemna niz wieczorem. Wzmaga się uczucie kaca. Bez wypitego alkoholu:). Za dwie godziny następny shot i… tyle. Po sprawie. Lekkie śniadanko i wracamy do rutyny, czyli zdrowego nieobciążającego żarełka

Saturday evening

Przyjacielskie spotkanie w mieście Dzików. Znów wykazuje się słabą „silną wolą” nie odmawiając %%%. Ale jak tu odmówić w takim towarzystwie. A tak naprawdę to nikt mnie namawiać nie musiał. Powiedzmy, że testowałem wątrobę jak utylizuje etanol😄.

Conclusions

Kolejny raz „eksperymentowania” na sobie pozwolił mi dostrzec kolejne ciekawostki. Otóż, ciekawi mnie skąd w nas wzięła się ta chęć ciągłego żarcia i chęci otrzymania z tego większej ilości energii? Kiedy jest zupelnie na odwrót. W trzecim dniu, gdy wjechały warzywa, a potem owoce czułem się fantastycznie. Miałem wrażenie, że wykorzystuję energię do czynności zamierzonych, bez strat na trawienie. Przez to nie było zmulenia, zmęczenia czy rozdrażnienia, jak bywa przy nadmiernym wypełnieniu żołądka. Pewnie nasze błędne interpretowanie dostarczania odpowiedniej ilości paliwa zakorzenione mamy z dzieciństwa, gdzie byliśmy przymuszani do zjedzenia wszystkiego z talerza, do wylizania go i wciągniecia nosem ostatnich okruchów. Albo skończenia „na raz” paczki draży czy chipsów, bez zważania na stopień wysycenia czy zaspokojenia głodu. Hasła typu „jedz, byś miał energię” czy „talerz ma być pusty, wtedy odejdziesz od stołu” z pewnością nie pomagały i już jakiś wzorzec torowały. A teraz jest przez nas powielany i moim dzieciom przekazywany. Ale cóż, kolejny raz powtórzę: głupie z nas stworzenia. Idę coś zjeść!

Z wątrobowym pozdrowieniem

PP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.