Road Trip

Po niedzielnym namaszczeniu podczas  sakramentu pierwszej komunii Adka startujemy w podróż. Wyprawę pożyczonym od dzielnego Tarnowianina samarytanina Tomka kamperem, która ma trwać minimum tydzień, a maksimum 7 dni (haha). Bierzemy jednak buforek na możliwość przedłużenia o kilka dni. Bo tak naprawdę z wszystkich uczestników tylko mnie ciśnie do powrotu, ale to tylko i wyłącznie z powodu zakorzenionej potrzeby pracowania. Nieważne. Istotne jest to, aby przemierzyć kraj, dobrze sie przy tym bawić, oczywiste jest, iż nieco się zmęczyć, wyedukować dzieci, pokazać czego nie widzieli, a może o czymś słyszeli. Spełnić też swoje niedoszłe marzenia – pragnienia zwiedzenia Rzeczypospolitej i mieszkania w samochodzie. Jedzenia na parkingach, mycia się na kempingach, zaliczania, zdobywania terenów, w których nie było żadne z nas. Na luzaka. Bez majtek, bez skarpetek, bez butów (to dotyczy mojej osoby, bo przy braku tych części garderoby czuję luz).

OK. Zacznijmy fotorelacje. Czasem wstawimy filmik jeśli będzie godny ukazania.

ponad wymiar

Nieco jeszcze o wozie, którym przemierzamy. Kamper, kempingowóz, karawan, niech sobie każdy nazwie jak chce. Na pewno gabaryt duży nam sie trafił. Pewnie jakiś minus tego dopatrzyć by sie mogło w kierowaniu, a na pewno cofaniu i między małymi osobóweczkami ustawianiu. Ale przez tą przestrzeń do zagospodarowania dla siedmiu osób, my cztery istoty średnich rozmiarów i niewygórowanych potrzeb mogliśmy czuć się bardziej jak w domu. I dosłownie był to dom na kółkach. Z showerem, kuchenką, i ku mojej uciesze super działającą lodówko- zamrażarką i lodzikiem w środku 🍸. Po prostu bomba. Dla nas wszystkich. Wielkie dzięki Tomaszu, właścicielu tego Cudeńka. Niebiosa zesłały mi Cie w odpowiednim momencie życia. Czyli ok. 2 tygodnie przed wyprawą. Kiedy to przyszła potrzeba realizacji takiej akcji. A jak sie okazało poprzez świrusa dużo ludzkości tez poczuła podobnie i bookowała ten rodzaj przygody na wakacje.

No to jedziemy. Zaopatrzeni w prowiant z pysznej uczty w Gródku  wieczorem wyruszamy. Kierunek Bieszczady. Cel Solina. Nocleg nad Jeziorem. W przeddzień obczajenie strony http://www.polskicaravaning.pl. Miejscówki, campingi to jedne z wielu informacji jakie można tam znaleźć. Dojeżdżam nad Solinę. Bunia i naćpane cukrem z deserów dzieci śpią. Budzą się dopiero ze słońcem nad zaporą. Na zwykłym parkingu, gdzie podobnie odpoczywają jeszcze dwie przyczepki kempingowe.

Ranek z rowerami, uśmiechami, ale i marudzeniami (szczególnie Nikodema). zaliczamy do udanych. Przejażdżkę na, po i z zapory jeziora solińskiego. Uwieńczona marchewkową babeczką urodzinową z okazji jubileuszu Tatuśka ustawia mój/nasz dzień. Po tym ruszamy ku przygodzie jeszcze na wschód, by za ok. godzinę, w okolicach Arłamowa wciągnąć sympatyczne śniadanie, z kolejnymi babeczkami z przepisu Bunii. Ale wczesniej śniadanko trzeba zorganizować. Stoliczek, krzesełka, markiza…to jest cały rytuał, który sprawia, iż każdy posiłek nabiera wartości i „magii”.

Przystanek w Przemyślu ok. południa pozwala nam sie przekonać, że to fajne miacho – jak zresztą kolega Hała Bała zapewniał.

Lody w kwiecistym FIORE to konieczność w Przemyślu

Nabuzowani (za sprawą lodów i kawek mrożonych) ruszamy wschodem na Północ – do zaplanowanej Białowieży. Przy Białorusi. Zainspirowany rozmową z Panem Stasiem do odwiedzenia tego niesamowitego miejsca na ziemi polskiej. Przyjazd wieczorny i groźnie grzmiąca burza nie odbierają czaru tej puszczowej krainy. Chwila w Towarowej pozwala poznać Pana Sylwka serwującego chmielowy napój i…kawową rakietę.

A jak chodzi o kawę to nie muszę przypominać, że jest w moim życiu ważnym napojem, resetującym i prostującym fałdy na mózgu.

Zestaw kawiarza zabrany z domu

Burza, gdy jest się w kamperze okazuje się nie taka straszna. Wczesna pobudka i przejażdżka rowerami do Puszczy powtarza solińską akcje przedśniadaniową (z marudzeniem Nikosia włącznie). Owsianka przed wejściem do Żebra Żubra a następnie spacer gęstym lasem do rezerwatu zwierząt, gdzie brakło tylko…zwierząt (burza lub pandemia pozbyła ich życia). Powrot ok. południa – czyli łatwo wyliczyć ze ten dzien zaczęliśmy wcześniej. Jak na nietoperków przystało (N&T może być rowinięte jako bracia Nietoperki). A to jak najbardziej trafne, bo gdy inni śpią oni harcują. Jeszcze przed zaleconą drzemką startujemy wycelowani na Mazury.

Po drodze przerwy na kawunie, podjadanie, tankowanie. Ciekawie zauważone przeze mnie zjawisko to takie, że w podróży „osobówką” człowiek szuka na postój najbardziej uczęszczanych stacji benzynowych z możliwoscią dotankowania żołądka razem z bakiem paliwa. Caravaningując jest wręcz przeciwnie. Postoje robi się w przypadkowych, albo raczej nieprzypadkowych i nietuzinkowych miejscach (zielonych na mapie i większości oznaczonych jako jakiś_park_narodowy). Ze spokojem i naturą. Gdzie można się przespacerować i wystretchować (yoginować, jak kto woli). Ze śpiewem ptaków 🐦 pomedytować.

Medytować, mam na myśli poprzebywać troche sam ze sobą i swoimi myślami. Szczególnie za kółkiem były do tego okazje. W tempie nie ryzykującym życia, a na pewno nie złapanie mandatu, można oddać sie rozkminom i wspomnieniom. A mijane miasteczka czyniły okazję do skojarzeń; Dukla -Toficzek, Sanok – Czejenek, Przemyśl Hała Bała, Zamośc – Mumin (i opowiesc o jego skradzionym Polonezie), Jarosław – Maciek&Kaja, Białowieża – Pan Stasio&Pani Jola, Mikołajki – wakacje sześć lat temu i mnóstwo emocji z narodzinami dzieci związanych. I odwiedziny ojca płynącego z kolegami jachtem. Tak, Najdrożsi, jesteście częścią naszej podróży.

Mikołajki – późnym popołudniem przyjazd na camping. Piwko w nagrodę. I toalety z prysznicem oraz prąd i wifi ku uciesze dzieciaków. TV z Netflixem na wyposażeniu kampera moze byc wreszcie odpalone. Te wszystkie udogodnienia nabierają wiekszego doceniania już po trzech dniach „na dziko”. A jakby tym komfortom było mało, mamy umówione spotkanie śniadanie z rodziną i przyjaciółmi Maćka w chyba najbardziej wypasionym hotelu Mazur.  A by to wyczekane śniadanie smakowało lepiej robimy z Maćkiem poranną”Mikołajkową” dychę w luźnym, konwersacyjnym tempie. Po tym uczta 🍳🍞🍜🍚🍛🍤🍱🍩. I kawunia ☕ w super towarzystwie. Dziekujemy Otwiny – spotkanie to na pewno zwykłym przypadkiem nie było. Tym bardziej, że los nas znów na zwierzątkach w rezerwacie złączył😄😃

Kaczkom i łabędziom też się śniadanie trafiło

Kolejny kamperowy obiadek (dziękujemy mamusiom za chlebek i słoiczki. A także Kukizkom za dżemik i kiszoną rzodkiewkę!). Po tym na planowane kajaki Krutynią. Awesome

Po kajaczkach do Sorkwit na obóz JuJitsu, organizowany przez Grappling Kraków. Niko spotyka się z kolegami dając nam możliwość zjedzenia kolacji z naszymi kolegami. A rano caffka i decaffka testosteronowa z Damianem, Pawłem i Marcinem, która ustawia nasz dzień. Kolejny pełen przygód; U cioci Gieni w Warmia Resort.

Tam śniadanko i spotkanko z Leonem,Zosią i spółką. Chwilka dla mnie na laptopowe sprawy przy mrożonej ☕ w przeuroczym resorcie. Jezioro, piwko, łódka i obiadek. Śliczne chwilę spędzamy i nad morze zmykamy.

Morską przygodę od Krynicy Morskiej rozpoczynamy. Tam ok.30lat temu Piotrek z Ulą i rodzicami bywali. Tam pierwszy styk z morzem. Tam też InPost od dwóch dni z wiatraczkiem do naszego Fiacika czeka. Nawet wesołe miasteczko zaliczamy, a na nocleg na Hel jeszcze pociskamy. Na dziko, na luzie…jak szalejący tam KiteSurferzy (z pozdrowieniami dla Maćka:).

Poranna joga, i #BeforeBreakfast z rowerami dookoła Hel’owskiego cypla. I wtedy zaczyna się historyczna przygoda z wizualizacją obrony wybrzeża przez żołnierzy polskich podczas II wojny. Pojawiają się bunkry, wieżyczki i działa. Chłopcy jarają się jak ja, kiedy rodzice wzięli nas na Westerplatte.

Tam oczywiście troche turystyki i rozrywki też jest:

Po tej mega inspirujacej wyprawie wjeżdża jeszcze bardziej inspirujące parkingowe śniadanko. Bruschietty zrobione na grillu w wyposażeniu naszego Fiatunia Kamperunia.

Jeszcze przed południem opuszczamy niebiański Hel, w Jastrzębiej Górze pobudzamy sie słodką kawką mrożoną (a wlazło ich kilka na tej wyprawie) w miejscówce klifowej poleconej przez ojca Józefa. I ogień na camping do Łeby. Tam ruchliwie. EuroCamping pełny ludzi i carawanowego spiritu. Super klimat. Podjar mam. I przez to rano biegam. Piąteczke zaledwie ale po wydmach robi robotę. Joga na plaży, a w powrocie wita mnie rodzinka gotowa do wyprawy rowerowej. Na wydmy w Parku Słowińskim epicką ścieżką. 15km łącznie bez jedzenia i kropli wody robi robotę i nas nieco dopieprza. Dobrze ze pyszna rybka u Joli namierzona przez Bunie poprzednim wieczorem wysyciła nas smacznie

Zjeżdżamy z campingu w Łebie, gdzie był przegląd wszystkich rodzajów przyczep i kamperów. Wiele z nich robiło mega wrazenia. W większości będące własnością sąsiadów zza zachodniej granicy. Ruszamy dalej. Następny przystanek na słodką przekąskę ma być w Ustce. To już przyjęło się że w godzinach kawowych (between 10-12am) dajemy sobie zielone światło na gryzienie gofra, lizanie loda, czy rozkoszowanie się kawą w każdej postaci. I w ustce podobnie.

Częsty rytuał wyprawy

Zaraz po tej foci nastąpiła afera z agresywną Panią, wg której zaparkowalismy za blisko jej terenu. Byla groźna, Bunia również zaczeła być… więc ja musialem przybrać postać tego skulonego i przepraszającego. Cóż, nie moje auto, nie moje miasto, nie cwaniakuje. Tym bardziej, że nadarzyła się okazja pokazać dzieciom, że nie zawsze tata wybuchowy i krzyczy na ludzi. W ten dzień wcieliłem się także w jeszcze jednego „świętoszka” co widać na foci poniżej

Nastepnyn celem jest zachodni koniec wybrzeża więc brniemy do Międzyzdrojów.

Tam mieszane uczucia. Wyczekujemy super pogody, a wieje i piździ jak kilka województw niżej u kolegow Scyzoryków:). Dłuuuugi wieczorny spacer po deptaku wypompowuje i nie imponuje. W dużej mierze za sprawą weekendowo imprezujących ludzi i mnóstwa salonów gier przyciagajacych jak magnes uwagę naszych małych Nietoperzy.

Zasypiamy zmęczeni. I tacy sie budzimy. Więc juz nic nie planujemy. Plażujemy. Bez słońca. Ale dajemy sobie radę.

Niewymarzona pogoda pozwala zaczerpnąć innych atrakcji, jak choćby integracja na campingu czy podziwianie morskich zwierzaków w oceanarium

Na zakończenie Międzyzdrojów wyborna uczta rybna (dorsz, turbot, maślana i halibut) w smażalni „Klif”. Polecamy.

Mija tydzień. Pasuje wracać. Jednak przykitrany prezent z brata strony umożliwia przedłużenie tripa 🎁

Zamiast gnać do Małopolski, szpilkę na mapie wbijamy w Jeziorko lubikowskie. Ze względu na wyjątkowość tego miejsca oraz moje beztroskie chwile tam spedzone za małolata. Jaram się, nie ukrywam.

Dla dzieci jest to szansa zaliczenia brakującego na wycieczce ogniska i wędkowania. Dla Bunii szansa doczytania książki. A dla mnie… chwila na kontemplacyjne wspomnienie Huberta i Uli. Po tym wszystkim tata serwuje ryż z truskawkami i ruszamy do domu.

Podsumowanie w liczbach

Around Trip by Kamper zajął nam 8 dni. W 46 godzin na zapalonym silniku przejechaliśmy 2769 kilosow🚐 i każde z nas po 50k na rowerze🚲 oraz 7k dwoma kajakami🛶. Doszły też hulajnogi🛴. Moje bieganie się nie liczy (ok.15k). Pływania zero ze względu na gojący się bark. Kąpiele w jeziorze i morzu owszem🌊🏝

Podsumowanie w słowach

Przygoda. Tak jednym słowem. A w kilku to; naturalność, choć nie dzikość (prysznic w kamperze czy kuchenka z grillem to jednak komfort:). Aktywność. Kreatywność. Poznanie świata, Polski, miejsc, które każde przeżyte na inny sposób. Rozwój – dla nas i dzieci. Zaradność. Niezależność. Rozwinę to poniżej

Podsumowanie w emocjach

Na swój sposób pandemia mi pomogła. Brzmi może chamsko i egoistyczne. Ale myślę, że jeśli doleciałeś dotąd z czytaniem, to znaczy, że nie jesteś człowiekiem wystraszonym nierzadko absurdalnymi oraz nieco śmiesznymi tekstami o „bezobjawowym wirusie” i choć trochę mnie rozumiesz. Otóż świrusowy czas pozwolił mi patrzeć na życie nieco inaczej. Nie planować zbyt wiele i nie odkładać zbytnio na później. Ten czas zmotywował mnie bardziej do działania, nie gadania. Wcześniej krążył po głowie pomysł „szalonych wakacji na kółkach”. I przewijał się gdzieś w rozmowach. I pewnie by tak błąkał się po głowie wciąż. Gdyby nie wzrost świadomości podczas tego „innego” okresu. Zdanie sobie sprawy co jest ważne, a co mniej. Przekonanie się, że matrix, który nas pochłonął pozbawia fajnych przeżyć i emocji; rozmowy (głupsze i mądrzejsze) wyparte są przez konwersacje niewerbalne. Gry umysłowe zastąpione przez zręcznościowe napierdalanie w klawiaturę lub pada. Fajne chwilę liczą sie tylko jeśli złapane są w obiektywie. Miło przeżywane niegdyś przeze mnie wydarzenia jak choćby rozpoczęcie/zakończenie roku szkolnego straciły czar. Ważne daty jak pierwsza komunia, czy coroczne urodziny stały się bezuczuciową zbiórką materialnych dóbr i okazją do przesadnej konsumpcji. To widzę i to mnie dziwi. Przez to czuję sie inny i za niedługo wytknięty palcami. Ale obserwacja moich synów i ich młodszych oraz starszych ziomeczków uspokaja mnie nieco, ratując od obłędu. Widzę ich potrzeby oraz momenty prawdziwej radości. Nie tej chwilowej z rozjebania kilofem betonowych bloczków Minecrafta. Czy tej równie szybko przemijającej po rozpakowaniu prezentu z Lego czy Playmobila. Widzę kiedy radość jest zapisywana na dłużej. Kiedy łączy sie z emocjami podczas ich przeżywania. Słyszę i widzę co Niko i Tymo wspomina po czasie. I nie są to na pewno, pełne chrupek, chipsów i słodyczy urodzinowe impry, rozwydrzające dzieciaków i stresujące rodziców. Dlatego moje ostanie (nie mam na myśli, że będą ostatnimi) urodziny miały przyjąć formę bardziej przeżywania niż czegoś rozpakowywania. Tatuś uzbierał sobie kwotę potrzebną na wynajem domu z kółkami i…sprawił sobie prezent 🎁 – trwające kilka dni przeżywanie z rodzinką to czego wcześniej nie było. Bez rutyny. Poznanie się. Przebywanie ze sobą niemal cały czas (odliczam czas odreagowywania w postaci wskazanych przerw na pobycie sam ze sobą i wywietrzenie glowy). Oglądanie chłopaków jakich nie ma w domu. Ich zmiennych humorów, ich euforii i przygnębienia, ich fochów i po tym swoich fochów. Poznanie ich rytmu dobowego, który niekoniecznie jest zgodny z naszym. Bez ucieczki w pracę, w trening. Nawet głośno twierdzę, iż mój uszkodzony na rowerze więzozrost był wypadkiem nie przypadkiem. Pozwolił mi być z familią pomimo pokus dookoła w postaci ślicznych terenów do biegania czy wspaniałych wód do pływania.

Ten ośmiodniowy trip stanowczo przekonał mnie o banalności planowania komfortowych wakacji z dziećmi. Gdzie wifi 🎮, tv📺, komóra📱ogłupiają ich mądre główki. Gdzie cukrowe, kolorowe przyjemności uzależniają i zamulają je. Gdzie wypasione, hotelowe posiłki miło przez ludzi serwowane sprawiają, że ich prace są niedoceniane, żarcie nieszanowane. O zmywaniu naczyń i sprzątaniu po sobie już nie wspomnę.

Podsumowanie podsumowania

Spędziliśmy super konstruktywny czas. Pomogła nam pogoda – słoneczko i upał nie przytrzymywał nas za długo w jednym miejscu i nie męczył w podróżach. Wczesne wstawanie i zwiedzanie miało wiele plusów. Wszedzie byliśmy niemalże sami z obudzoną przyrodą. Ludzkość pojawiała sie później. Bo kto rano wstaje…

I ❤ CARAVANING!

Ściskam

PIT

2 uwagi do wpisu “Road Trip

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.