RYSY x2

Pomysł zrodził się wczoraj. Nie wyszło z Chopokiem na weekend, ale nie wszystko stracone. Nogi chcą gór. Głowa też. Spartan za tydzień opłacony. Trzeba zrobić coś w pionie. Miała być Babia Góra. Jednak Szumnego zdjecie z Rys’owego słupka spodobało się bardziej. Rozpoczęło pewien proces myślowy, który już jest czynowy tzn. realizowany. A i tak wiadome, że wszystko to by zrobić wrażenie na Gałdynie. Rysy na zachód i wschód słońca. 2 razy najwyższy szczyt Polski w jedną dobę. To musi ruszyć zRYSowaną pychę Kamilka i szarpnąć jego mountainrunnerowe ego.

Czas zorganizowany. Bunia powiadomiona. Dzieci również. A także każda napotkana osoba, której wylałem się z moich pragnień wybiegu na tą niebagatelnie brzmiącą górkę. Aktywne przedpołudnie z synami, rowerek, basenik i o 16 wio w Tatry słowackie. Po drodze w Rytrze superowa kawunia z Karolem przy wiatraku. Choć wiedziałem, że do końca dnia juz bliżej niz dalej starałem sie nie schizować i panikować. Po prostu kawą sie rozkoszować. Chwilą delektować. Ta chwila się wydłużyła. A jeszcze postój w Biedrze przed granicą trza zrobić. Bo daktyle sie przydadzą. I figi suszone. A przecież jeszcze kamizelek i apteczki w nowonabytym wozie brakuje. Na stacji braki zakupuje. A to jeszcze linke holowniczą. I rękawiczki. I ekspandor sie przyda. Dwa browarki jeszcze by lodóweczke turystyczną sprawdzić. Jadę na pełnej… i pełny przez Słowację. Żadnych mandatów nie łapię. 19:01 podjeżdżam do celu. Szybko w gatki i butki wskakuje. Ruszam na rozgrzewkę asfaltem do Popradskiego Plesa. Między wspinaczami, turystami, pozorantami z wózeczkami i dzieciakami (wszyscy w dół) przewijam się. Sam, w przeciwną stronę jak ludzkość. Ale lubie tak. Podobnie na ulicach. Korki na wyjazd z Tater, a ja jeden z nielicznych chce się tam wbić.

Nieco nerwoźnie, jeszcze na kofeinie i nutach „unforgiven II” spiesze do jeziorka (Pleso w słowackim to jezioro). Czuje zbliżający sie wieczór. Czuje , iż robie coś co wielu uznaje za nienormalne, niepoważne, nieodpowiedzialne. Potwierdzają to dwa typki robiące mi fociaka na starcie, którzy bez ogródek nie dają szans mojej misji mając mnoe za pojeba. Ale ja chyba na luzaka. Choć to może zabrzmieć niepokornie, ale czułem, że wiem co robię i czułem się w tym pewnie. Jednak moja podświadomość mogła odczuwać inaczej, gdyż jeszcze przed startem „wysłała maila do kupy, że spotkanie jest w portkach”:). Ups muszę na dwójkę”.

„Paczka” wysłana, czas start. Biegne bardzo szybko, nawet mega szybko. Nóżki niosą. Jest lekko. Choć na plecach bukłak to nie obciąża – na ten odcinek Run2Summit postanawiam go zabrać. Z kilku powodów. Pić trzeba, a bidon zajmie mi rękę ( a te przydadzą się obie, bo z tego co pamiętam jest odcinek z łańcuszkami) lub wypadnie z tylnej kieszeni mojej różowej rowerówki. Pewnie znów pytasz czemu ta różowa pedałówa? A no choćby po to by helikopter łatwiej mnie wypatrzył z góry. I może niedźwiedzia róż porazi w ciemności. A ta wydawała sie być nieunikniona na mojej powrotnej trasie tego wieczora. Stąd drugi powód by camelback’a zabrać. Poza pelerynką, czołówkę tam schowałem. I nawet folia NRC się zmieściła. Czyżbym czuł, że nocleg w górach sie szykuje? Why not? Do domu mnie nie ciśnie bo dostałem i zasłużyłem na wolne, hihi.

I tak zapieprzam w górę walcząc z czasem. Ta presja tykających wskazówek z pewnością dała mi prędkości. I dobra dyspozycja dnia oraz trzy kilo mniej ciała również. Skacząc jak koziołek z kamyczka na kamyk próbuje zapamiętać charakterystyczne pkty na powrót. Wyłapuje kilka. Schody metalowe, łańcuchy, dwa jeziorka, Chata pod Rysami itp. Gdy docieram do ów chaty mam dobry czas o dziwo (ok.55minut), a wiem, ze stąd juz naprawde niedaleko. Pozwalam sobie nawet na fociaka rozweselającego mnie znaku informującego o zakazie wejścia na szczyt w szpilkach:)

Ja wbijam tam na pełnej mijając grupkę ludzi szykujących sie jakby do noclegu ( wcześniej nie minąłem żadnej osoby). Troche mnie to rozkojarza i nieco zbaczam ze szlaku. Powoduje to iż znajduje się na wyższym szczycie Rys (ten co łamie 2500m) i zbiegam krótką granią do szczytu właściwego (ten ze słupkiem). Zatrzymuje zegar – 1h10min.

  Tam prośba o uwiecznienie chwili. Koleś strzela kilka fociaków i wraca do śpiwora, a drugi leży już w srebrnej zbroi (folia NRC). „Zostajecie tu spać? Pojebani?”. „Nie bardziej niż Ty, jeśli wracasz o tej porze” – otrzymuje w odpowiedzi. To samo zdanie o mnie ma wcześniej mijana grupka, leżąca już i biwakująca. Nie zastanawiam się nawet. Nie mam czasu. Zbiegam w wariackim tempie. Po pięciu minutach włączam wyjętą już wcześniej czołówkę. Nie byle jaką bo Armytek’a pożyczoną nie od byle kogo, bo od strażaka Michała (dzięki bracie, pokochałem tą latarkę). Cisnę jak mogę w dół by dobić do żelastwa (schody i łańcuchy) jeszcze w tym półmroku. Po tym moze dziać sie co chce. Za tym fragmentem ekspozycji już nie ma. Więc jeśli spadnę to nie zginę, ewentualnie boleśnie się potłukę/połamię. Przelatuje upragniony odcinek pewnie, nawet z telefonem w ręku (nie kozaczę bynajmniej). Teraz juz ciemność. I kolejne zagrożenie jakim jest… moja wyobraźnia. Widząc świecące oczy koziołków (w dzień nie robią na mnie juz wrażenia:) wkrecają mi się różne filmy do głowy. Słysząc ich bardzo przypominający ludzki gwizd, mózg wymyśla historię o duchach tutaj poległych taterników. Krzoki i drzewa nieraz zatrzymują mnie niczym budzący sie niedźwiedź. I do tego to standardowe uczucie, „że ktoś jest za mną”.

Na niebieskim szlaku odzyskuje komfort. A na asfalcie przy „Popradskim” to śmieje się z siebie jaki osrany byłem tysiąc metrów wyżej. Ale taka prawda, że do śmiechu tam nie było – potwierdzają to powyższe filmiki. Kończę. Upragnionym wozem jade jeszcze 50 kilometrów do Polski. Tam w „magicznym” miejscu na złączu Białki ok. północy układam sie do spania. Przy piwku i orzechach piszę część tego postu. Zasypiam.

4 godziny później…

Budzę się. Niechętnie. Zmęczony. Pewnie „obżarstwem” potreningowym. A chłonąłem w nadmiarze i o nietypowych dla mnie porach. „Ale trzeba zeżreć na jutro” pomyślałem. Bo wiem że tak rano nie przyjmę nic. Wtedy raczej sie wypróżniam:). I tak było również tego poranka. Wjechała jeszcze poranna joga i dygocący jeszcze z zimna udaje się na załatwione wcześniej miejsce postojowe niedaleko polskiej Palenicy Białczańskiej. Dzięki wielkie Dziki Łukaszu, by the way.

Kieszenie spakowane jak wczoraj. W lewej figi, w prawej daktyle. Na środku telefon i dowod osobisty. W kieszeniach rowerówki – tym razem nie różowej – rękawiczki i opaska. W środkowej „papier ścierny” jakby znów niezapowiedziana dwójka wzywała. Aha, do plecaczka jeszcze 20zł bo przecież schronisko przy starcie z jeziora bedę miał. I tam kawki wymarzonej sie napije. Z masełkiem, bo tłuszczy trzeba zapas. Ona ratuje. Bo na asfalcie rozgrzewkowym do MOKa wlekę sie jak ślimak. Bez chęci i energii.

Parzona, kuloodporna wjeżdża i udaje sie pod jezioro na start. Klepie w zegarek i ogień. Biegne nawet nieźle. Wokół Czarnego Stawu tez jako tako. Bo wiadome ze przy jeziorkach płasko. Ale pierwsze podejście mnie hamuje. Totalnie. Słabym jak cholera. Nie chce się mi. Dyńka i psycha szwankują. Mozna to zauważyć jak bredze na filmiku cos o Czarnym Gąsienicowym. Skąd on niby tutaj?

Na tym etapie bieg się kończy. Marsz zaczyna. O dziwo wyprzedzam wszystkich. Mnie nikt. Widocznie tak ma być. Staram sie utrzymać tempo. Choć kryzysy przychodzą. Ratuje się wizualizacją „małych celów” wg.Karasia. Gapiąc się w zegarek obliczam, że moje tempo to 150m pionu/10min. Szybko ustalam, że tego sie bede trzymał nagradzając się po każdym czekingu jedną figą i dwoma daktylami. I tak do szczytu. Do którego juz wielu ludzi zmierza. I wielu schodzi, krzycząc że widzieli mnie tam już wczoraj. Racja, mogło tak być, bo to zaledwie kilka godzin minęło.

Jak poprzedniego wieczora rzucam się na oblężony już graniczny słupek wciskając Garmina – 84minuty i 56sekund. Chyba spoko. Teraz czas na relaks. Kontemplację. Cieszenie się chwilą. Naturą. Wszystko czego nie doświadczyłem, gdy byłem tam poprzednim razem.

W drodze powrotnej jeszcze wiele takich chwil na medytacje sie znajduje. Nigdzie sie nie śpieszę. Choć wielka chęć skończenia tego juz jest. Niby energii zostało. Suszonek nawet też. Jednak mój żołądek juz ich nie przyjmuje. Nie chce. Chce zupki, ciepłej zupki albo czekolady studenckiej. Ani tego, ani tamtego jednak do wieczora nie dostaje. Za to wiele, wiele wiecej pyszności na urodzinach Franka w Wietrznicach.

Od Morskiego Oka zbiegam bez butów. To 10km. Dobrze mi z tym. Wielka ulga. Jednak nie sądziłem, że może to tak dziwić lemingów podąrzających w górę w japonkach, tenisówkach ze smartfonami przed oczami. Głupie to strasznie.

Najważniejsze z najważniejszych

Bardzo jestem ciekaw czy udało mi się Kamilu choć trochę zrobić na Tobie wrażenie. Tym postem oczywiście, bo chyba nie Rysami😉

Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.