Bieg dla Żółwia

Po sobotnim Spartańskim Beast’cie (21km) w Białce rozochociłem się na następne górskie bieganko. Wstępny plan „zapicia ryja” zaraz po osiągnięciu mety Beasta i balowanie na kawalerskim Radka, zmienił się nieco. Impreza przesunięta, a mi zamiast pić zachciało sie gonić. Jeszcze przed wieczorem zakupiliśmy od litwińskiego kolegi bilecik na niedzielnego Sprinta (6km), który okazał się Super’em (10km), a potem jeszcze superem w grupie Open Drużynówka. Ale cóż, trzeba wzmocnić drużynę kolegów zza wschodniej granicy – tym bardziej, że przez corona wysyp nie mogli sie zjawić w naszych polskich pagórkach. Dręczony wyrzutami zabrania Szumnemu miejsca na podium, a zarazem połechtany dobrym wynikiem (brązik w kategorii) nie mogło skończyć sie to inaczej niż kacem z rana. Tym bardziej, że nasz Kapitan potrzebował również wspomagających procentów, gdyż miał walczyć o wygraną w sprincie. Ale, że mój organizm radzi sobie znacznie gorzej z procentami, nie moglo sie to skończyć inaczej niż kacem z rańca. Przepisy nie pozwoliły mi sie ścigać w Age Group’ie więc moj start był przesunięty do Open (amatorzy) dwie godziny później. Pozwala to na dłuższą regenerację i pracę wątroby nad skutkami spotkania się z Kung Fu Pandą (Robert S.) oraz Bernim (Bernard T.). Jest też czas na zgadanie się telewizjophonem z wakacjującą w oddali rodzinką.

Ten messengerowy chat z Niko i Tymo zmienia diametralnie wszystko w mgnieniu oka. Nie wiedzieć czemu Tymusiowi zarzucam, że wyglada jak żółw. Kurwa! Żółw! Rozłączam sie i robię szybkie zestawienie myśli. Tak. Zostawiłem żółwice Monikę na podłodze w mieszkaniu. Dodam, że jest to żółwica wodna i takie atrakcje zapewniam Jej i Jej siostrze Jessice tylko podczas zmiany wody w akwarium. Do tej czynności doszło zaraz przed wyjazdem na Podhale. Dwie doby temu! O żesz! Porażka. Jessica w wodzie, choć nie przykryte akwarium, ale Monika… niestety. Choć nieraz przekraczała dozwolone 15 minut „na sucho” to dwie doby, w lecie, w upałach – nie ma szans:(. RIP Monica

Sumienie dręczy. Chwila do startu. Chce go oddać komuś. Nie ma komu i…chyba nie ma sensu. Żółw wodny nie wytrzyma tyle bez wody. Cóż za przykra śmierć. I to ja jestem kilerem. Wprawdzie nie z premedytacją, ale jednak. Fuck!

Postanawiam biec. Nie chce się bardzo. Ani biec, ani jeść. Tylko na kawe jest ochota. Wjeżdża espresso i dawyj (jak na Litwińca przystało) na start. Ruszam z kopyta. Nic nie oszczędzam. Zapieprzam. Chcę sie zniszczyć. Upodlić. Im bardziej sie nie chce, tym bardziej chce. Za Monikę. Ona cierpiała, ja też muszę. Pokuta. Biegnę mocno. Chciałoby się iść, przejść do marszu. Nie mogę. Nie pozwalam. Nutka nadziei krzyczy „jak nie padniesz, utrzymasz bieg do końca, żółwik przeżyje”. Tak robię. Każdy podbieg, odcinek który dzień wcześniej był podejściem truchtam. Czyli jeden but na ziemi, drugi w powietrzu (to krótka definicja różnicująca bieg od marszu). Wierzę głęboko, że energia którą właśnie tracę, ktoś zyskuje. A ma być to konkretnie Monika. Motywacje mam niesamowitą. Nieziemską. Dochodzi pragnienie wyrównania rachunków z równoważnią i dzidami. A przede wszystkim z tym MMA workiem wypełnionym wodą, który tak mnie upokorzył poprzedniego dnia. Ja silny, ciągnący martwy ciąg aż sie sztanga ugina przegrywa z jakimś 130 kilowym worem. No way. Równoważnia wchodzi, dzida nie (30burpess). Biegowo pod górkę jest mus, z górki jednak pewności ni ma. Głowa nie pozwoli zmęczonym poprzednim dniem nóżkom puścić się w dół po stoku narciarskim. Misja jednak sie spełnia. Każdy wybieg – wybiegam. Walczę z ochotą przejscia do marszu. I choć może i byłoby to szybsze to tego nie robię. Nie mogę. Jak coś postanowię to idę w zaparte. Szczególnie jak chodzi o dotyranie się. Wierzę w przekaz energii. A jeśli potrzebę podbudowania swojego biegowego ego (a czułem się mocny w ten weekend) mogę zamienić na ratowanie żółwicy to czemu nie? Dobiegam do wora. Rzucam nim jak szmatą. Dwa razy. Jakby nic nie ważył. Do mety już tylko formalność. Finish. Całkiem niezły czas. A najśmieszniejsze, że na wynikach, na których jestem w górnej części widnieje PIOTER:).

Mało zmęczony, bardzo zadowolony udaje się do ekipy. Pytany o żółwia i możliwość biegnięcia w Sprincie za dwie godziny (część pewniaków drużyny marudzi by oddać opłacony start) odpowiadam szybko, że żółw będzie żył bo tam na górze mega robota zrobiona była. Choć nie ukrywam była chęć polecenia jeszcze jednego dystansu, szybko przerabiam ją w zmotywowanie marudzących, ukąpanie się w potoku, przebranie i zwiatrowanie sie do domu.

Tam jednak rozczarowanie. Akwarium puste. Miała być Monika żywa, a tu nawet Jessici nie ma. Skorzystała z mojego błędu nie przykrycia akwarium i poszła w tany. Do łazienki. Na środku na płytkach czekała na swego pana. Wrzucona z powrotem w wodę odzyskała siły. Jednak wyraźnie zmartwiona o siostrę. Tak jak ja. Szukam. Raz mieszkanie przeserchingowane. Nie ma. OK. Drugie podejście. Przeczesany teren. No nie ma. Mała już nie jest ta ponaddziesięcioletnia, wychowana w trudnych warunkach żółwiczka. Pod łóżko sie juz nie mieści. Zwykle w butach lubiała poleżeć. Tam też jej nie ma. „Wyszła na balkon” pomyślałem. „Spadła na dół” – pojawia się myśl. Mało prawdopodobne, ale zbiegam na dół. Szukam żółwia w trawie pod blokiem? Wariactwo. Jeszcze pewnie na parking by se poszedł:) Nawet tam sprawdzam. Chcę zrobić wszystko bym miał poczucie, że zrobiłem wszystko by Ją odnaleźć”. No chance. Wracam do chołpy. Znów szukam. Tym razem nawet na górnym piętrze łóżka chłopaków i w koszu na śmieci. Pytam sąsiadów. Nic. No żesz! Jak to dzieciom wytłumaczyć. Skoro nawet sobie nie potrafię. Wyparował? Zniknął? Co ja wymyślę? Ojciec proponuje historię z ptakiem wlatującym do mieszkania i porywającym zwierzynę. Robo zachęca do kupienia nowego na podmianke. Nic nie przejdzie. Zbyt mądre dzieci mam.

Wróciwszy z pysznego obiadu u rodziców zabieram się do balkonowego wywieszania wypranych ciuszków. W oddali słychać krzyki dzieci. Coraz bardziej dolatują do mych uszu. Coś w stylu „tam jest!”, „znów ucieka!”. Co tam macie chłopaki? – rzucam z drugiego piętra do dwóch chodoczków o wzroście Nikodema. „Żółwia!” słyszę w odpowiedzi. W trzy sekundy jestem przed blokiem. „Co gadacie, żółwia?”. „Tak, tak tam uciekł” i wskazują na krzoki przed blokiem. „To on się ruszał, żyje?” – nie może być sobie myślę. Na boso po chaszczach szukam żółwia. Na kolanach, wyrywam trawę. Nadzieja i euforia przodują. Jest! Skurwel jest! Nieco zmniejszony, suchy… ale jest! Dowierzyć nie mogę. Sąsiedzi też nie. Dziekuję jak mogę chłopakom i do wody lecę z żółwiniem. Dostrzegam uszkodzony pancerz i szok w oczach Moniki. Jednak wydaje się, że wszystko bedzie OK. Teraz już wiem, że jest OK. Plumka w wodzie jak dawniej. SZOK.

W komplecie i na swoim miejscu

Co by było gdybym przyjechał później? Co by było gdybym nie wyszedł na balkon. Co, gdyby nie te chłopaczki? Jakiego wytłumaczenia zniknięcia żółwia bym szukał? Bo chyba przyznać trzeba, że dziwi fakt iż żółwik wodny skacze dwa piętra, robi szlifa po osiedlu przez dwie doby, by w odpowiednim momencie ukazać się oczom chłopców wpadających do moich uszów. Coś niewiarygodnego. W upale, kiedy kwiatki w oczach usychają i trudno wytrzymać ludziom, wodny żółw niczym wielbłąd myka sobie przez Saharę. I choć wiem, że tylu z Was pomyśli, że to przypadek ilu sądzi, że korona virus jest przypadkowy i śmiertelny… to ja wiem swoje. A jeśli Ty tego nie wiesz, to chociaż przyznaj, że fajna powstała z tego historia😉

Pozdrawiam

PP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.