Only for the Bravest

Day 1

Przyjeżdżam na umówione spotkanie. Podjarany. Zaplanowany. Autem do Nowego Targu, pociągiem do Zakopanego, z buta do podanego i potwierdzonego współrzędnymi geograficznymi wyznaczonego miejsca. Śmiało witam się z Maćkiem i nieśmiało z trzema Kozakami towarzyszącymi. Jeden z nich wyraźnie na pozycji lidera, z twarzą groźniejszą oraz dwóch jakby w obstawie, z twarzami potulnymi, niepozornymi. To z pewnością te Komandosy, o których Maciek godoł. Ci, co mają nas przegonić po górach i pokazać co znaczy być Twardzielem – do takich sklasyfikowałem ich po pierwszych pięciu ruchach i pięciu gestach – a na ludziach się znam. I znam też pozostałą czwórkę, która dołącza za pięć minut. Znani z OCRowego i kieleckiego, dentystycznie extremalnego świata Scyzory – Maciek2, Kukiz, Daniel i Kuba. Łączymy się w „dziewiątkę” – trzech specjalsów JWK Lubliniec oraz sześciu cywilów, którzy myślą, że są twardzi, że coś w życiu osiągnęli, czujący się wyjątkowo, bo dane jest im być w tej grupie. I może trochę prawdy w tym jest, gdyż przypadkowo tam się nie znaleźli. Ale czego są warci i jacy naprawdę są miało pokazać następne pięć dni…

5 dni, 4 schroniska, 1 plecak, całe Tatry…

Od Chochołowskiej po Łysą Polanę. Od zachodu na wschód. Od niskich Tatyr do wysokich. Od łagodnych i zielonych do ostrych i skalistych. Z plecakami na pięć dni. Do spakowania i na plecy zakładania. Bez śladu po sobie zostawiania. W marszu. Z odpoczynkami, nie, kiedy się chce, tylko kiedy można. Albo kiedy chce się MiXoWi – człowiekowi, który decyduje tam o wszystkim. Czy idziemy czy biegniemy. Czy stoimy czy siedzimy. Czy jemy czy pijemy. A my Go słuchamy. My Go pytamy (dopiero z czasem zdobywamy się na odwagę zadawać pytania). Bo On jest autorytetem. On dowodzi w stadzie. A prawda jest taka i nieodzowna, że w grupie samców wypuszczonych na rykowisko, zarypanie i dotyranie się potrzebny jest przewodnik. Samiec alfa alfa (bo wiadome, że jedno alfa to każdy z nas tam jest:). Ktoś kto zdecyduje, postanowi, nie pozwoli, zezwoli, nie dopuści by z grubej akcji wojskowopodobnej zrobił się melanż i dupowłóczenie turystyczne. A Mixu ma do tego predyspozycje. Wyrobił sobie swoją pozycję. Zasłużył na szacunek i na to… by się mu nie sprzeciwić (Więcej o Nim tutaj).

Ja vs. plecak

Ile waży? Około 20 kilogramów. Z listy podanej i tak urywam nie pakując puchówek, drugich spodni, butli itp. W tym liczę na dobrą pogodę (bo przecież lato jest) i kolegów (bo przecież oni palniki zabiorą). Ja w zamian godzę się taszczyć racje żywieniową Maćka2, którego plecak przebił 25kg (a on butli też nie zabrał) oraz pół litra bimbru RadkoRaczkowego pochodzenia. Kijków też nie mam. Bo po co? Przecież to dla mięczaków. Przekonuję się o swoim błędzie niebawem. Kiedy po tempówce Doliną Chochołowską wjeżdżamy na podejście na Kończysty. Ja pierdole! Z dupy się leję. Spodnie pierwszy raz mokną od wewnątrz. Martwię się. Ile tak będzie. Czuję się słaby. Czy tylko ja tak mam? Przecież nie spytam? Nie okażę słabości. Próbuje trzymać sie środka stawki. Nie jest łatwo. Może przez brak kijków? Może gorąc? To plecak. Ten dom ma plecach mnie tak męczy. Przecież biegam po górach. Nawet nieźle mi to wychodzi. Ale nie chodzę. Nie z plecakiem. Jak już to małym bukłakiem. A teraz jestem dociążony 40 litrowym, wypchanym skurwysynem z Decathlona. Mając się za asertywną osobę pytam kiedy przerwa. W odpowiedzi miło słyszę „za chwilę”. I tak jest. Po ok. dwóch godzinach napieprzanki osiągamy wysokość 2 tysiaków i upragnioną przerwę. Tam zezwolenie na odpoczywanie. I pierwsza ważna teoria. Najpierw termika – ubierz się, następnie energia – najedz się, potem pakowanie – bądź gotów do wyjścia. Gdy to zrobisz odpocznij, zdrzemnij się. Nie musze dodawać, że u mnie i wielu ta kolejność nie była zachowana z natury. Na hasło „idziemy dalej” zaczynałem pakować plecak w pośpiechu. Musiało to prowadzić do błędów czego skutkiem było niezmieszczenie się z bagażem. A jak pokazało mi te pięć dni pakowanie to sztuka. Zwijanie ciuchów w rulonik, rozmieszczenie ekwipunku w zależności od potrzeby i prawdopodobieństwa użycia (klapeczki japoneczki raczej potrzebne dopiero w schronisku, więc lądują na dnie). Zaliczając Kończysty, Jarząbczy, Wołowiec schodzimy do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Nikt nie marudzi. Nikt nie narzeka. Poznajemy się. Więc kto sie odważy być słaby? Nażarty dobrze posolonymi frytkami, z bólem głowy (odwodnienie?) zasypiam pierwszy.

Day 2

Pierwsi na śniadaniu. Choć ostatnio pierwszy posiłek jadam nieco później,  tutaj tego nie robię. Żrę na zaś. Nie wiem co mnie czeka. Choć Tatry znam, trasę mniej więcej też, ale kto wie co te pojeby wymyślą i co nas czeka. Zaczynam pokornie rozkminiać wszystko. Wiem, ile jeszcze nie wiem. Początkowo nie chciałem brać camelback’a. Teraz rozumiem, że ułatwił mi życie. Myślałem, że kijki są dla cieniasów, teraz rozumiem, że ułatwiłyby mi bycie. Choć Daniel często użyczał swoje, to duma nie pozwalała korzystać. Ciężar plecaka tak dojechał barki, że prawa łopatka zblokowała się w pozycji co najmniej niekomfortowej i promieniującej do ramienia. Ale przecież nie będę narzekał. Pouciskałem gdzie trzeba i pogodziłem się z myślą, że łatwo nie będzie. Iwaniacka przełęcz, Hala Ornak, Dolina Tomowa. Pod Ciemniakiem obiad i krótkie szkolenie z mapy i wyznaczaniu dróg (azymut itp.). Czerwone Wierchy wciągamy migiem. Na Małołączniaku kielonek (może dwa) bimberku rozjaśnia nam mózgi. Jest cudowny stan. Jest humor. Jest pięknie. Na przełęczy pod Giewontem Szef daje wybor; 15minut na Giewont dla chętnych na lekko. On zostaje z plecakami i… kolegą M2, który był tam już z dziesięć razy. Ale nie jest świadomy, że ten raz był najważniejszy. I niezaliczenie go odmieni losy dalszej wycieczki…

„Ja na Giewont nie idę, byłem z dziesięć razy”

M2 dostaje ksywę Giewont, za karę nie ma Go na gejowskiej super foci i traci przynajmniej połowę testosteronu, który naprodukował do tej chwili. A propos tego samczego hormonu to można było wyczuć jego ponadnormalne stężenie w naszej ekipie. To chyba normalne kiedy spotyka się dziewięciu chłopa, chcą zaimponować innym chłopom, opowiadają o bohaterskich wyczynach życia, rzucają odważne teksty do dziewczyn mijanych na szlaku i jeszcze bardziej odważne spojrzenia do ich partnerów, którym jajeczka podwijają się pod tyłek, gdy mija ich „wredna dziewiątka”. Schodzimy do uroczego, lekko ukraińskiego schroniska na Kondratowej. Tam zasypiam ostatni. A przynajmniej tak mówi Daniel, który mnie ululał. Ja nie pamiętam.

Rekonsteukcja zdarzeń z wieczoru na Kondratowej.

Dobijam do schroniska pierwszy. Wyczekuje umówionego i pędzącego do nas Kapitana Krzystyniaka z Gałdynem. Dostał on listę niemałą z potrzebnymi rzeczami. Z potrzebnych rzeczy nie donieśli kijków, a z niepotrzebnych przytaszczyli bimber i trzy litry Jack’a. Ważne, że była maszynka. Do włosów. Potrzebowałem jej koniecznie. Z rocznymi lokami na głowie czułem się jak czarna owca, albo raczej biała owca w czarnym stadzie. Czas nadszedł pozbyć się siana. Na szczeście na pokładzie był Fryzjer. Fachura Kukiz zrobił fryz perfect. Mogłem go widzieć i podziwiać dopiero następnego dnia, bo strzyżone było nie tylko przy pysznej pomidorówce, ale także bimberku i Kapitanku. Kilka wielkich porcji 60% żytka pozamiatało mnie dobrze. A Roberta nawet poprzewracało:). Kilka zwidów, „białych myszek” i… budzi mnie deszcz na werandzie. Jest źle. Będzie gorzej…

Day 3

Ja vs. Kac

Jest dramat. We krwi bimber, w głowie Jumanji. Ale wiadome, że idę dalej. Męczę sie bardzo. Różne rozkminy sobie wkręcam. Na Kasprowym kawa – to przyświeca mój mały cel. Bo duży to Pięć Stawów – fhuuuj za daleko. Psycha walczy. Na szczęście na trasie zdarza się kilka ciekawych sytuacji podtrzymujących, rozweselających i rozluźniających. Jak choćby walka M2 ze swoimi zwieraczami i antydopingiem przyjaciół, drwiących, że z pewnością „paczki nie dostarczy”. Wysyła ją zza najbliższej kosodrzewiny. Jak już w śmierdzącym temacie jestem to fajny tekst z wyprawy się przypomina:

„lepiej by stu wąchało, niż jednemu dupe rozjebało!”

Następny śmierdziel zostawia ładunek na Koziej Przełęczy. Kulturalnie odpięty z łańcuchów, w izometrycznym napięciu zmęczonych czwórek robi zrzut nagromadzonych toksyn dostarczonych z płynami poprzedniego wieczoru. Tym samym pozbywa się dreszczy i bojaźliwych myśli dręczących cały dzień.

Wstyd nie pozwala mi się przyznać, że to byłem ja. Kolejnym urozmaiceniem tego ultra dystansu jest zatrzymywanie „krasnali” (tak nazwałem ubranych w kolorowe pelerynki z kapturami turystów łażących pod goryczkowym, którzy ledwie wysiedli z Kolejki Kasprusia. Byli oni wypytywani o wiedzę mitologiczno-biblijną, a dokładnie o imię postaci, ktora straciła moc po obcięciu włosów. Że niby ja byłem porównamy do Samsona? Nonsens. Przy „piątce” odzyskuje siły. Odświeżam się w schronisku i jestem innym człowiekiem.

Day 4

„Nothing or nobody”

Dzień zaczynamy od dręczących zastanawiaczy czy Samiec Alfa Alfa zdecyduje iść przez Orlą. Pogoda okrutna. Leje i nie przestanie. Ekipa zmęczona, nieco dyskretnie robi wewnętrzne głosowanie – na trudną Perć czy przez łatwy Szpiglas do Moka. Nikt of course nie wypowiedział się, ale co każdy myślał to już pozostaje w nas. Mixu grając na naszej osłabionej psychice do końca utrzymuje, że walczymy z łańcuchami dzisiaj. I pewne jest, że wszyscy za nim pójdziemy. Bo to nasz wódz. I on wie co robi. I wie, że nie może nam na to pozwolić. Za jeziorem skręca w lewo. Orla Perć zostaje po prawej. Thanx God. Thanx Mixu. Ufff.

Przy okazji dowiaduję się czym w woju różni się Szeregowy od Starszego Szeregowego. „Szeregowy jest niczym, a Starszy jest nikim”.

Na tym ulewnym szlaku spotykamy tylko jedną osobę, turystkę. Wtedy dochodzi do nas jakimi jesteśmy szczęściarzami. Fartowo od początku Tatry są jakby dla nas. Ludzkość została na dole. Pojechała nad morze albo w Bieszczady. Albo wystraszona prognoz. Nieważne. Jest bombowo. Czuć wolność. Niczym przemoczeni rybacy na kursach dobijamy do Morskiego Oka. Tam na hasło „Wojsko Polskie” dostajemy nocleg w zajebistym, Starym schronisku. A w nowym biesiadujemy i cieszymy się dłuższym odpoczynkiem i żołnierskimi opowieściami Wodza Krzysztofa.

Day 5

„zRYSowana psycha”

I choć kilku z nas dostaje już objawów obrzęku mózgu oraz zmęczeniowej głupawki, dociera do nas info, że na Rysy ruszamy przed świtem. I to jest mega mądra decyzja ciesząca wszystkie michy. O leciutkim śniadanku (dzięki Maciek za te lniane siemie i perfekcyjną wiedzę dziadów i pradziadów na jego temat), z czołówkami na czołach lecimy na najwyższy szczyt Polski.

„Czy można zostawić plecak w schronisku skoro i tak tędy schodzimy?”

Oczywiście, że możesz. Zostaw. Nie krępuj się – pada odpowiedź. I już  wiadome, że to nierealne. Lepiej wziąźć na barki plecak niż później dźwigać śmiech, docinki i pogardę towarzyszy. W piątym dniu już znamy się. Swój humor. Ciupanki. Wiemy czym grozi oderwanie się od grupy, wyłamanie się, wyciotowanie. Przykład odpuszczenia Giewontu przez M2 doskonale to obrazuje. Ale Ten sobie z tym radzi. Zaskoczył wszystkich. Rozjebał system. Jest przykładem jak mocna głowa może wiele. Tak sie składa, że na chwilę przed opuszczeniem schroniska pozostawia na moment swój plecak. Inteligentni i wciąż humorzaści koledzy nie marnują tej szansy. Pakują cegły-browarki na dno plecaka kolegi życząc mu mocnych nóg i…by nie spadł, bo szkło stłucze:).

Dwa jeziora w drodze na szczyt pokonujemy ekspresowo. Po tym ściana. Tempo zwalnia. Tworzą się grupki. Lańcuch pęka w wielu miejscach. Ale mamy luz. Dopisuje humor. Jest chill. Mamy wyjebane. Wiemy, że szczyt zdobędziemy. I z niego wrócimy. Krok za kroczkiem. Kamyczek za kamyczkiem.

„Daj spokój. Po co Ci ten szczyt. Poczekaj tutaj. My zaraz będziemy wracać”

Długo idziemy. A, im dłużej idziemy tym bardziej czujemy jaką jesteśmy ekipą. Twardą. Pomimo chamskiej, ciętej riposty zrzytą do szpiku kości. Choć rzucamy wiele tekstów demotywujących

„Nie dasz rady, jesteś za cienki”, „widzę, że ledwo sie trzymasz”

wiemy, iż co by się nie stało każdemu z nas, to osiągnie ten szczyt. Jakby trzeba było kolegę w zębach tam zanieść to zrobimy to. O tym nie gadamy. Ale to wiemy.

Na Rysy wpadam pierwszy. To nie wyścig, ale ja tak mam. Przed szczytowaniem dostaję kopa. Rżnę jak królik, by osiągnąć co chcę:). Towarzyszą mi M1 i Laska. Jest ślicznie. Podobnie jak fota powyżej. Nadchodzi M2. Dociążony. Zmęczony. Ale jest! Reszta dołącza. Jest spełnienie. Dopełnienie. Mamy to! Kawa się już warzy. Cudowna chwila. Tylko dla nas. Gromadzimy się wokół słynnego słupka co jakiś czas podnosząc zady by doznać chwili epickiego otwarcia się chmur. Przez wielu nazwana byłaby cudem. My na spokoju to przyjmujemy. Wiemy co czujemy. Każdy inny na tym szczycie ma swój film. My mamy nasz. Trwa pięć dni. I tylko dziewięć głów może go zrozumieć.

Złazimy. Pełni endorfin. Humoru. Robi się tłok. Niegrzecznie czasem żartujemy, demotywując turystów cywilów. Wręcz zachęcamy, by odpuścili i wrócili do schroniska. Do bryczki z koniami. Nieco podkurwieni obecnością ludzkości na tych pięknych szlakach. Jest spadek energii. Wiemy, że to w dużym stopniu przez tłum. Przez wampirków w trampkoklapkach podążających za swoim brzuchem do przodu. Cóż, wiemy to, rozumiemy. Robimy swoje, by znaleźć się na dole. Całą ekipą. Cali i zdrowi. Zbijamy piony na chwilowe rozstanie. Z pewnością nie ostatnie pożegnanie.

Epilog

Kim byłem przed pięcioma dniami? Za kogo się miałem? Uważałem, że jestem nadczłowiekiem bo wybiegłem na Rysy dwa razy albo walczyłem z wyimaginowanym niedźwiedziem w Pirenejach. Gówno prawda. Byłem pieprzonym indywidualistą, który spełniał zadania czy cele wyznaczone przez samego siebie. A to nie to samo, co praca w zespole z innymi celami do osiągnięcia i wyznaczonymi przez innego człowieka. Tutaj nie kto pierwszy, kto szybszy. Tutaj liczy się kto po złamaniu zmęczeniem, niedospaniem zachowa więcej człowieczeństwa, pokieruje się rozsądkiem, podejmie mądrzejsze decyzje a przy tym wesprze kolegę. I może za to sam otrzyma wsparcie. Bo jedno jest pewne; samemu, w pojedynkę, żaden z nas by tej trasy nie zrobił.

„Zespół jest tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo

A co jeśli w naszym zespole nie ma takiego?

Dziękuję

Krzysztof, Mateusz, Michał, Maciek, Daniel, Łukasz, Jakub, Maciek.

2 uwagi do wpisu “Only for the Bravest

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.