ReUnion🇫🇷

Drogi czytelniku, umieszczam tutaj relacje z mojego pobytu na wyspie REUNION. Jeśli tu byłeś to prawdopodobnie znasz miejsca i przeżyłeś podobne chwile jak ja. A jeśli nie byłe(a)ś, to nie wiesz, czy nie będziesz. Niemniej jeśli sobie przypomnisz, że poniższy post może posłużyć Ci jako przewodnik lub po prostu oderwać Cię od codzienności, rzeczywistości, kliknij sobie w niego. A teraz pozwól, że będę Twoimi oczami, uszami, smakował dla Ciebie, wąchał Twoim nosem, a Ty czuj mój pot na swojej skórze. Enjoy😉

Relacja (uzupełniana na bieżąco):

Wyjazd z Kajakarzami na rozpływanie. Pierwszy raz tam. A czemu tam? Bo świat się zmienił, zablokował, zmusił do zmian. I seniorska grupa wiosłujących również musiała zmienić miejsce pierwszych szlifów. Coroczne Emiraty Arabskie czy Australia zostały zastąpione wysepką, kolonią francuską. Gdzieś na Oceanie Indyjskim, pomiędzy Madagaskarem a Mauritiusem. Poprawnie zwie się REUNION.

Panuje na niej klimat zwrotnikowy (raczek) więc znajduję się w dolnej półkuli ziemskiej. Jest teraz lato, gdy w Polsce zima. Jest gorąco🔥, gdy w Polsce zimno❄. Nie wiem do tej pory jak to działa, ale jest wschód tam gdzie powinien być zachód. Wirki kręcą się w drugą stronę, cyklonki wieją również w przeciwną. Przeciwnie do naszego klimatu są tutaj małe amplitudy temperatur. Inaczej mówiąc ludzie tutaj mieszkający mogą cieszyć sie cały czas ciepłem. Czas jest ustalony w strefie +4, co znaczy, że gdy Niko z Tymem idą do szkoły na 8:00, u Tatusia jest już 11.

Jak to się zaczęło?

Jest pewien odważny sportowiec, który w okresie „naszego” narciarskiego Livigno” z kajakiem i walizką wybrał się na przetestowanie tego zakątka ziemii. Wszystko sobie zorganizował, doleciał, wyspę przeleciał, wodę spróbował, miejsce polubiał, ludzi poznał – po prostu przetarł szlak. Przynajmniej dla nas Polaczków, którzy mało wiedzieli, może gdzieś tam słyszeli, że tam tor kajakowy jest i to nawet niebanalny. Podzielił się swoimi relacjami na Patronite.pl przy okazji ukazując tajniki kajakarstwa i swojej pasji Ludzie, nie liczby. Ten człowiek to DARIUSZ POPIELA

Bezwzględnie Dariusz nam wszystko ułatwił. Jednak Covid wciąż utrudniał. Praktycznie tydzień przed wylotem otrzymałem bilety, nie pytające, lecz oznajmujące, że mam lecieć. Wiem, że zabrzmi to cwaniacko, ale info to nie wywarło we mnie euforii radości. Po trzech tygodniach w górach, wyjątkowych świętach i intensywnego rozpoczęcia nowego roku czułem nieco zaburzenie równowagi życia i po cichu ściągałem myślami pozytywny wynik testu na Covida, który zablokowałby mój wyjazd. Stało się jednak inaczej. Otrzymany negatyw przyspieszył moje pakowanie. A rozpakował niestety torbę mojego kolegi – śmiesznie brzmiący „wynik nieokreślony” spowodował, że Marcin zostaje😭. (fuckin stressful joking tests)

18 stycznia o 2 w nocy czasu polskiego rozpoczynamy wyprawę odkrywania nieznanego nam lądu. Startujemy  mocno pod góre, na którą trzeba zakładać łańcuchy albo… spóźnić się na samolot. Dzięki Ojcze Józefie za ich obecność w busiku. W Balicach wszyscy zgrupowani, do odprawy zameldowani, lecimy do Paryża. Po krótkim dwugodzinnym locie lądujemy na Beauvais, znanym mi z wypadów alpejsko-fizjoterapeutycznych lotnisku. Tam pan Rafał przyjmuje kajaki na dachy wynajetych busów, a ja… zmykam do Bmki kolegi Bercika, który urozmaica mi dziesięciogodzinną przerwę w transferze na drugi lot. Robi pyszną jajecznicę, streszcza fragment życia, w którym sie nie widzieliśmy i podwozi do Charles de Gaulle. Bóg zapłać wielki człowieku. Jestem pewny, iż słowo wielki Łukasz słyszy w swoim życiu wiele razy 🙂

Z Bercikiem w przerwie podróży

Na Charlesie szybko mija, bagaże z kajakami nadajemy i fruniemy. Nocny lot. Super. Nie śpię jak w łóżku, ale też nie męczę się bardzo. Narzekać nie mogę, bo trafia mi się miejsce obok (nie)obecnego Marcina, który skurczył się nieco zeschizowany lotem.

Trener M. podczas lotu nad Afryką

Nawet filmu nie oglądam, tylko na destination point raz po raz spoglądam.  A wygląda to tak:

Na północy stolica, Saint Denis się nazywa.  Wszystkie miasta na wyspie to też Sainty. Czyli święty Pierre, święty Paul, Święta Anne czy święta Suzanne, gdzie znajduje się tor kajakowy by the way.

Obszar taki, że rowerem wyspę bym w dzień zjechał. Niemalże 300km. Milion niecały mieszkańców, ciemnoskórzy w większości. Język oficjalny francuski, po domach używają Creol’skiego. Religie mieszane, ale pewnie poznam ten temat bliżej wkrótce.

Stadion kajakowy w Reunion
Tor na stadionie kajakowym w Reunion

Tak się składa, że kajakarz slalomista, chcąc być konkurencyjnym, na poziomie światowym, walcząc o udział w Igrzyskach powinien zimowy okres pływać w cieple. Nie przypuszczałem jednak, że to ciepło na ReUnion bedzie takie…ciepłe. Już na wyjściu z lotniska im.Rolanda Garrosa dostaliśmy porządnie w ryj gorącym powietrzem. Pomimo klimy włączonej na full w skromnych wypożyczonych Peugeot’cikach odczuwamy ogromny dyskomfort, który trwać bedzie przez najbliższe dni. Ludzkie ciało adaptuje się do warunków panujących, potrzebuje jednak na to czasu. A faktem jest, iż my dobę wcześniej byliśmy w śnieżnej lodówce. A dwa dni wcześniej z dziećmi na nartach. Udajemy się na stadion kajakowy. Na pierwszy rekonesans i rozpakowanie sprzętu (kajak,wiosła, kamizelki, kaski,fartuchy i wszystko inne, co było wciśnięte do kajaka na czas lotu). Następnie podzieleni na podgrupki otrzymujemy od głównodowodzącego coacha Jakuba lokalizacje airnb, z przydzielonymi miejscami do mieszkania. Ja z w/w trenerem (oraz wcześniej wspomnianym Marcinem:) trafiam do „akwarium”. Czyli mety z wejściem i wyjsciem przez oknodrzwi. Jednak czuję, że to miejsce kryje w sobie coś wyjątkowego…

Kilka czaderskich gadżetów w moim lokum
Filmik nagrany dla N&T

I tak właśnie jest. Po przywitaniu i zapoznaniu się z właścicielami naszej „dobudówki”, którzy informują nas o możliwości korzystania z kuchni i całej jadalni będącej niegdyś szkołą i miejscem uprawiania jogi, perspektywa patrzenia zmienia się. Jeany (tak ma na imię mąż) oznajmia nam, że możemy korzystać z czego chcemy i robić co chcemy. Zaprasza nas do domu przedstawiając żonę Lyne Rose i siostre Monicę. Syna Rudolfa mamy poznać później. Oni umieją angielski tyle co my francuski. Tak więc na migi obgadujemy wszystko. Wieczorem zjawiają się z trzema butelkami rumu by poczęstować Polaczków. Domyślam się, że internet poinformował, iż Poloki lubią wypić. A my jacyś inni, niechętnie dajemy się namówić na małego zaledwie shocika. Kolejny wieczór podobna sytuacja. Zostawili nam z grzeczności trunki myśląc chyba, że chcemy je opróżnić w samotności. My jednak tego nie robimy, łamiąc stereotyp Polaka z Google. Jesteśmy w stresie. Zgrupowanie to wymaga od nas wiele organizacji i los rzuca kłody pod nogi. A jak się przewracamy to Covid kopie nas leżących na ziemi. By temu sprostać potrzebujemy czystego umysłu i wzajemnego wsparcia. Z odsieczą znów i jeszcze nie raz przychodzi ponownie (tubylec już tutaj) Darek. Great thanx, man! Ja otrzymuje dodatkowe funkcje ubierając  trenerskie buty nieobecnego kolegi i jakoś ciągniemy ten wózek. Zaczyna się orka treningowa. Robota musi być zrobiona. Wiedzą to wszyscy tutaj obecni. Treningi na torze rozpisane na rano i popołudnie. Do tego siłownia na 3 w tygodniu. Biegać póki co się nie da. Z nieba leci pieprzony żaaaar🔥☀💥.

Hinduski świątynia
Jakieś modły tu się dzieją

Ja jednak to robię, gdyż świadom jestem, że negatywne skutki podróży zniszczą mnie. Wybieram jogging jako formę powrotu z toru do naszej „świątyni”. Koszulki nie ubieram, bo pada deszcz i mokra będzie. Po godzinie błądzenia, ale i przy tym zwiedzania (patrz na focie powyżej) deszcz przestaje padać, ale wciąż grube chmury na niebie. Dlaczego do jasnej cholery nikt mi nie powiedział, że tutaj nawet przez chmurzyska słońce może spalić?! Cały i następny dzień wycięty, bo karczycho spalone😡.

Po kilku krótkich, ale potliwych sesjach biegowych jestem witany przez Jeany’ego, oferując skorzystanie z basenu lub piweczko. Podwójnie odmawiam, nie chcąc nadużywać wielkiej dobroci tych ludzi. Zadowalam się prysznicem (kilkukrotny na dzień) i soczkiem z naszej lodówki. Wody wchłaniamy niewiarygodne ilości. Pocimy jeszcze więcej. Kranówka podobno z salmonellą, więc plastików zostawimy tony po sobie.

Jak widać wode tracimy litrami

Proces treningowy kajakarzy trwa. Omawiać tego nie będę. Zapierdalają. Ja natomiast mając już dość Piterka „WdupieMaRowerka” próbuje się nieco uspokoić. Wyjątkowo nie tworzę planu treningowego. Planowanie męczy. Działam w tej kwestii na spontanie, robiąc aktywność na jaką mam w tej chwili ochotę lub na jaką dam się komuś namówić.

Atak na szczyt

Tak się składa, że w grupie jest trener miłośnik, pasjonat gór Piotr K. I to jemu pozostawiam planowanie i mnie namawianie do wybycia w naturę. Zawsze na początku zgrupo wybieram wysoki punkt, by zdobyć orientację. Tym razem punkt wybrał Kozik.  Najwyższy – Piton des Neiges. Wygasły wulkan uformowany w szczyt ma 3070m. Podoba się. Lecimy po treningu. Nietypowo jak na górski wypad, bo z późnym wyjściem, ale trening na torze musiał być zrobiony. Ok. południa ruszamy w dżunglę z górskiego miasteczka o optymistycznie brzmiącej nazwie  Hell-Bourg. Frederick, gospodarz stadionu kajakowego i jak się okazuje niezły trailowiec górski informuje nas, że robi szczyt w 4 godziny. My gorsi być nie możemy, dlatego mocno ciśniemy. Szlak dobrze stromy. Szybko nabieramy wysokości i równie szybko tracimy wodę w ciele i butelkach. Wraz z nią percepcję również. Niedostosowany do chodzenia po dżungli, gdzie w potężnej wilgoci przeplatają się skały i korzenie, walę glebę na przedramie. Mocno kość tłukę. Tracę cukier i powoli przytomność. Bywając wcześniej w podobnej sytuacji wiem co robić. Sięgam po resztkę słodkiego picia, siadam uspokajając się oddychaniem przeponowym. Kozi daleko z przodu, dochodzi mnie para wyprzedzonych wcześniej francuskich biegaczy. Wchodzę w słabą konwersację , z której dowiaduję się, że tą trasę dzieli się raczej na dwa etapy z noclegiem w schronisku.

Odważny Kozik w dżungli chodzi po wężach

Zgadzałoby się bo mapki na 9 godzin to przewidują. Ale my uparciuchy swoje przeliczniki mamy. Biorę się w garść po glebie i ogień dalej. Schronisko (przypominające raczej barak) po 3,5 godzinach osiągamy. Zamknięte. Do szczytu 2 godziny drogowskaz wskazuje. Robimy to 1:15 dobrze już spuceni, lecz zadowoleni, że deszcz nas nie dopadł. Tlenu już coraz mniej jakby. 15 minut do szczytu. Niebo pęka z potężnym grzmotem odkręcając kran na full i w momencie zalewając nas deszczem. Temperatura niższa. Widoczność znacznie mniejsza. Wtem, przede mną ukazuje się postać Piotrka, mocno spiętego i krzyczącego: „spierdalamy na dół! Śnieg sypie!”. Owszem, miałem ogromną ochotę zawrócić lecz odkrzyczałem: „No co Ty, tak blisko szczytu? Nie ma szans!” myśląc po cichu „gdzie do cholery on widzi śnieg?”. Niebo grzmiąc woła o nawrotkę, ja wiem jednak, że tego nie zrobię. Piotrek też to wie. Pakuje się ze mną biegiem znów na szczyt, robię fotę i dłuuuuga w dół. Czas 4h40minut.

Najwyższe miejsce na wyspie

Teraz jak najszybciej zbieg. Byle do dołu. W odstępach. Jak pierdolnie piorun to zabije jednego. Drugi bierze jego buty👟👟. Tak ustalone. Szlak w momencie staje się potokiem. Na szczęście co jakiś czas woda znajduje ujście poza trasę. Tworzą się następne. W dużym dyskomforcie, w głowie tylko myśl bliskiego celu – schronisko. Wpadamy tam. Otwarte. Przemoczeni do suchej nitunii, prosimy o kawę. Nie ma. Tylko KitKaty. Daj pan szybko cztery i przyjmij mokrutką dychę. Racjonalne myślenie (bo wczesniej instynkt przetrwania rządził) wraca.

Przemoczeni w schronisku – baraku

Trzeba do samochodu. Najlepiej przed zmrokiem. Zimno. Przemoczeni. Trzeba biec by zdążyć. Ale jak w takim stromym terenie? W ciszy, upodleni, zagubieni, wkurzeni robimy to jednak. Zlatujemy do naszej fury i światło gaśnie. A tutaj wyjątkowo szybko to się dzieje. Ja drżę z zimna jeszcze długo, nie mogąc uwierzyć, że na tak upalnej wyspie da się zmarznąć. Ale cóż. Góry to góry🏞

That was a great active day

Normal days on the Island

Emocje górskie opadły. Temperatura również. To znaczy ta wzrosła. Znacznie. Wciąż męcząca i trudna do zniesienia. Ale trzeba żyć i cieszyć się pobytem tutaj. Czuję, że mnóstwo ciekawostek mnie tutaj spotka. Już spotyka. Np. roślinka, jakiej nigdy nie widziołem. I nie dotykałem.

Mimosa pudica – Mimoza wstydliwa

Dzięki dziewczynom Popielkom (K&L&S) mogłem zobaczyć stado strusiów, które do tej pory podziwiałem rylko w zoo (ich kolana w drugą strone zgięte są super:) oraz zjeść sałatkę z kokosa. Dziewczyny uspokoiły mnie także na widok zielonych jaszczurek chodzących po ścianach i sufitach. No i ciekawe instrumenty.

Na wyspie mnóstwo jest trzciny cukrowej, z której produkuje się cukier trzcinowy. No i rumik. Słynny reunionski rumik.

Mrówki lgnące do resztek i nie resztek żarcia oraz latające prusaki okazują się tutaj normalstwem. Jednak roślinność, owocowość i warzywność dla mnie jest tutaj czymś nadnormalnym. Może w dupie byłem i mało widziałem, ale jaram się nieskrycie tutejszymi paprociami, coco i banana drzewami, przedziwnymi owocami i przydrożnymi vegetargami. Mega.

Ludzie na wyspie

Jednak Giga pozytywne wrażenie wywiera na mnie dobroć jaką otrzymałem. Od gatunku ludzkiego. Od moich Gospodarzy. Wspaniałej rodziny hinduskiego wyznania🙏. W każdy dzień zaskakiwali mnie swoją bezinteresowną chęcią pomocy. Takiej szczerej. Z serduszka❤. A zaproszenie nas na wspólną wieczerze było tylko tego potwierdzeniem.

Friday night. Praca fizjo do późna, więc kilka chwil spóźnieni pukamy do sąsiednich drzwi. Wykąpani, balsamami kojącymi spaleniznę skórną nasmarowani, z wybornym winem w ręce, wstydliwie wkraczamy. Nieśmiałości dodaje fakt nieznajomości ichszego języka. Do tej pory dogadywanie się stylem „kalambury” jakoś przechodził, ale ileż można i przecież nie wszystko da się pokazać. Obawy zmniejszają się po pierwszej szklaneczce rumiku przegryzionej pringlesami. Następnie druga oraz więcej pringlesów. Monica gustowała w szampanie trzymając go w ręce lewej, bo w prawej natarczywie próbowała nadążyć z translatorem w telefonie. Jednak ja rozprawiam za szybko. Zwalniam trochę. Za to Kuba rozkręca się. Na stół lądują ryżowe krewetki w azjatyckim stylu. I kolejny drink rumowy. Z każdym wydaje mi się mieć mniej syropku, a więcej rumiku. W głowie jest już lekkie jumanji. Ale jest dobrze. Procenty uwolniły najgłębsze pokłady słów z poprzednich wcieleń i rozmawiamy płynnie na wszystkie tematy. Zaskakuje mnie ich zainteresowanie naszą polityką, kościołem i…połączeniem tych dwóch instytucji. Chyba gdzieś to znów wyczytali w ciekawostkach o Polsce:).

Pora się zbierać bo już czujemy, że nadużywamy. Jednak LyneRose daje sygnał „self service in the kitchen!”. A tam naszym oczom ukazuje się micha ryżu🍚, micha gotowanych warzyw🍲,  pasztet z ciecierzycy🍛 i patelnia z rybą🍣. Nakładamy ile chcemy. Ale zanim zjemy, jesteśmy spytani o…pozwolenie domownikom na zjedzenie palcami. Bez sztućców. Ale czad! Też odrzucam te zbyteczne narzędzia nakładam wszystko w paluchy. A rybkę to z trzy razy przynoszę. Taka pyszna, że hej! Kubie aż się uszy trzęsą z radości. Obżeramy się pysznością. Palce oblizujemy, by kieliszek z winem złapać🍷. Jesteśmy pełni. I jedzenia i radości.

To już za dużo. Spadamy! Wtedy wjeżdża słodki ananas w towarzystwie ciasta sernikopodobnego ale z ziemniaków zrobionego. Coś pięknego. I kolejny z batatów i truskawek. Mistrzostwo. Padamy do stóp z wdzięczności, próbując już wypełzać z domu, aż tu Szefowa butle przynosi. Z rumem. Każdy inny. Madagascar, Brazilia, Brytania i ReUnion. Degustacja trwa. I ta chwilo trwaj również. Wybija północ, Polaczki zwijają się do spania. Wątroba bedzie miała trochę do przerobienia. Boże daj tej rodzinie co najlepsze, bo zasługują! Hmm…tylko, którego boga o to prosić?🤔

Rano o dziwo żyjemy i dobrze się czujemy. Morał z tego taki: Nie ważne co i ile pijesz. Ważne z kim to robisz😉

Sport na wyspie

Wszystko co tutaj przekazuje/opisuje jest moim subiektywnym odczuciem, moją wiedzą i przeżyciem. I takie spisuje tutaj. Jak chodzi o sport to wiedzą tutaj co to piłka nożna – w końcu Francja mistrzami świata. Jest tutaj wiele boisk, podobno liga nawet i rozgrywki pomiędzy światami, ale jakiegoś szału na to wydaję się, że nie ma. Ludzie ruszają się. W popołudniowych godzinach widać mnóstwo joggingujących amatorów.  Streetworkoutów nie brakuje i zawsze na którymś jakiś ciemny ćwiczy…albo chociaż boomboxa słucha. Na siłownie, ktorą odwiedzamy kilka razy w tygodniu też troche ludu się przewinie (nie są zamknięte z powodu Covida – przynajmniej na razie. Ale Macron ma przemawiać więc może się coś zmienić). Rowerzystów i cyklistów też nie mało pomyka. A my oczywiście zapatrzeni w nasz wodniacki sportek kajakowy. Dlatego kilka focioków umieszczam z wykonania Oli. Ale najpierw napełnianie toru wodą:

Fauna i flora na wyspie

Wyspa jest wyjątkowa ze względu na teren. Mnie osobiście nigdy nie kręciły wysokie budynki, konstrukcje i takie tam zrobione przez człowieka. No może piramidy (pewności nie ma, że przez człowieka) albo muzea w Waszyngtonie. No dobra, jest mnóstwo wartościowych monumentów ukształtowanych ręką ludzką. Ale tutaj ich nie widzę. Chyba, że gdzieś z drugiej strony wyspy jest jakaś wieża Eiffelpodobna. Lecz nie sądzę. Tutaj natura przyciąga moją uwagę. Zielono, w paprociach, między palmami, ocean, a w głąb wyspy góry. One są na środku. Teren tworzy jakby stożek. A mi tworzy się od razu widok całej wyspy z najwyższego miejsca. Tam już byłem, ale gówno widziałem. Same chmury i wyimaginowany podczas niedotlenienia śnieg. Taka zależność tutaj panuje, że góry są gołe (czytaj bezchmurne, widoczne) tylko z rana. Około 9 przytulają się tam chmurzyska i trzymają do wieczora. Tak więc, by nacieszyć się awesomowskim widokiem wyspy 360 z góry trzeba być tam wcześniej z rana. Już nie piszę o tym bo rodzi się ochota/pomysł nocnej wycieczki. Siedź na dupie Piotrze i czytaj książkę pod klimatyzacją! Tak muszę się motywować do bezruchu.

Super sprawą jest, iż małe cudeńka natury kanionki czy wodospadziki (zaledwie 5minut od toru), na które pomykam sobie po treningu na schłodzonko lub śniadanko, są tutaj normą. A w Europie z pewnością byłyby oblegane przez ludzi, ogrodzone, a wjazd płatny z góry💶.

Ten piękny teren, jak pisałem powyżej jest środowiskiem życia stworzeń jakie nie spotkam w Polszy. Jaszczurka na suficie czy kameleon na podłodze budzą zainteresowanie. Pocieszające jest to, iż nie ma tutaj (a przynajmniej tak mi powiedziano) morderczych insektów jak tarantule, czarne wdowy czy zmutanciałe kleszcze. Jadowitych węży też tutaj nie spotkałem. Tak więc z biegiem czasu można się nawet przyzwyczaić do jaszczurki wskakującej do lodówki. Ale do okrutnego pająka z owłosionymi nogami na podszybiu samochodu, który prowadziłem na pewno się nie przyzwyczaję. Przyznaję, choć myślałem, że już nie, to wciąż mam arachnofobie😱

Ucieczką w naturę był zdecydowanie wypad po kokosy, o którym z pewnością opowiem wkrótce.

Pierwszy weekend na wyspie

Pomysł nabąknięty przez Jeany’iego podczas wieczorka zapoznawczego nie był traktowany zbyt powaznie do momentu jak ten Gość ubrany w białą koszulę, wychillowany w dniu wolnym od pracy czeka na mnie w swoim living roomie. Ja jeszcze spocony przeprowadzaniem treningu kajakowego (a tutaj wymaga to niezłego grzania, bo cienia na torze nie ma) wsiadam na miejsce pasażera białej Suzuki i pomykamy do następnej świętej miejscowości czyli Saint Benoit. Stamtąd w małą dżunglę. Kierowca wskazuje na wszystko mijane po drodze opisując po trochę. Wydaje mi się, że po wspólnej rumowej degustacjo-kolacji szprecha znacznie lepiej po angielsku. A na pewno łatwiej się dogadujemy.

Parkujemy przy jakiejś chatce. Nie ma tam nikogo. Wołamy. Czekamy. Z lasu wybywa ciemnoskóry starszy człowieczek w gumiakach. Imienia nie pamiętam, ale wygląd zapamiętam. Pomarszczony, ciemny, z metra cięty, pod siedemdziesiątke z wyglądu, ale i z dziewięćdziesiąt mógł mieć, bo tu jakoś młodziej wyglądają. Pierwszy gest, chrząknięciw czy może pierdnięcie i już wiedziałem, że to ekspert ekspedycji dżunglowej i cocobrania. Zabawny skurczybyk wyposażony w linę i piłę stryja się po drabinie na palmę. Z grzeczności i nawyku łapie się za jej potrzymanie. Od razu zieba z góry pi kreolsku jakoś, żebym puścił, bo to niebezpieczne. Tylko nie wiem czy dla mnie czy dla niego:). Anyway, gość wlazł tam, nacioł piłą rowek w gałęzi powyżej kokosów, przyciągnął w nim linę i zaczął przywiązywać do tej z poniżej, z ładunkiem. Z pięć minut to robił. Spieczona szyja już mnie bolała od przeprostu, a komary niemiłosiernie spijały krewsko z moich nóg. Wtedy – już za zgodą szeryfa na palmowym gnieździe – napinam linę. On kroi. Ja się szykuje…ale nie wiem na co. Ile może ważyć dziesięć kolorów i gałąź, i czy ten szaman nie rozwiązał się sam do niej? Ok, coś pęka, troche skrzypi i kokoski na gałęzi zjeżdzają z liną w dół. Którą ja dowodzę. Dumny jak cholera opuszczam do ziemi. Odwiązuje. Done.

W ruch wchodzi maczeta. Nią operuje Jeany. Sprawne ciachu-ciachu I już mogę się napić ożeźwiającej wody z wnętrza owoce. Oprożniam do dna. Wtedy znów maczeta robi swoje i ukazuje nam się biały środeczek wyglądający i gładziutki jak powierzchnia stawowa w panewce stawu biodrowego. To już paluchami obrabiam (potem łyżką) i do gęby pakuje zawartość złowionego koksika.

Fajnie zobaczyć proces zdobywania owoców, który nam metropolitańskim, zepsutym Europejczykom wydaje się dużo prostszy. Albo wogóle się nie wydaje, tylko tępy łeb myśli, że to samo spada albo rośnie na półce sklepowej. Skróconą wersje procesu „Cocohunting” możesz zobaczyć poniżej⬇⬇⬇

Pakujemy ile wlezie do bagażnika, posyłamy ciepły pożegnalny promyk (choć miałem ochotę Go przytulić) do naszego bohatera i ugryzieni przez tysiąc komarów odjeżdżamy. Z bogiem miły człowieku🙏

Ekipa cocohunters

Spacer po innej planecie

Druga część weekendu, a nasza pierwsza niedziela na wyspie zapowiadała się zacnie. Jako, że miał to być także dzień kajakarzy bez treningu na torze, a w planach wszystkich trenerów widniała ogólnorozwojowa aktywność, rzucone hasło marszu ma wulkan. Wszyscy chętni. O 5 rano start. Wciąż wszyscy chętni. Tak więc z Piotrkiem zbieramy info od wszystkich i wszędzie o tym Piton de la Furnaise. Trochę Frederick powiedział, trochę Danielle dodał i o 5:00 wszyscy gotowi. Długi dojazd i strome serpentyny by się tam dostać. Ale autka wspięły się na 2400m. Resztę nasze nóżki. Ok.300m w pionie po ciekawym terenie, po przypominającymi koks terenie, który z czasem zmieniał się w zastygłą, czarną lawę. A ta, jak co niektórzy wiedzą zamienia negatywną energię w pozytywną.

Po ok. 90minutowym spacerze ukazuje się nam nieeeesamowityyyy krater wulkanu. Ttzeba dodać wciaż aktywnego. 13 lat temu ostatnia erupcja. Na mnie (pewnie nie tylko na mnie) wywarł niesamowite wrażenie. Sam(a) zobacz na fociakach

New week, new energy

W nowy tydzień startujemy z nową energią. Przynajmniej niektórzy. Na wulkanie lawa zrobiła swoje:). Są postanowienia. Moje to takie, że postanawiam zapuścić znów sobie włosy. Ale najpierw strzygę je, a dokładnie Kacper goli je na zero. Na swoje 22 urodziny dostaje w prezencie mój skalp i może zrobić z nim co chce. Tym samym ochrzczony zostaje barberem obozowym.

To nie wszystko we fryzjerskich sprawach. Jak to mówię czasem, w życiu każdego mężczyzny przychodzi czas gdy goli… nogi. I ja tak robię. Lecz nie robię tego pierwszy raz. Tylko drugi:). Zyskuje tym lepsze chłodzenie, a przy tych upałach to kluczowe. Tak więc tym samym wyłączam w sobie program odpowiedzialny za dbanie o męski image, to jak wyglądam i co sądzą o tym inni, na korzyść wygody i chłodzenia.

W tym dniu dostaje również rower🚲. Jaram się niesamowicie!😀😊😄. Znaleziony w rupieciarni naszych gospodarzy. Podpompowany, łańcuch oliwą z oliwek nasmarowany i wioooo…

Jest pięknie. Inny odbiór świata. Nowe rzeczy zauważalne. Każdy dojazd na tor jest przygodą. Mierzy 8k w jedną stronę więc jest tym samym dobrym rozruszaczem, pobudzaczem i spalaczem kalorii.

A jak o te chodzi to trochę w innej postaci je tutaj przyjmuje. Na przykład w postaci bagietek, na które dałem się skusić za niemą namową Kuby. Czyli nie musiał nic mówić tylko je miał. I dobrze. Trzeba trochę innych potrawek przyjąć. W końcu jestem w innej części świata. I tak cynamonowo-imbirowe rozgrzewające smaki z zimowej Polski zamieniam na ochładzające owocowo-warzywne magulony. No i te zatykacze dupy dokładam, o których powyżej. Tylko bez wyobraźni proszę, zatykają od wewnątrz😊. Jak wszystkie wg mnie glutenowe produkty.

Język próbuje nowych smaków, zęby gryzą nowe produkty. Od pierwszych chwil uwagę przyciągają oryginalne owoce zwisające z drzew. Niektóre to typowo Reuniońskie, których nie można nawet wywieźć z wyspy. Dragon i Passion fruit, Papaya, Lichy, Jaques, to tylko część z tych wyspiarskich skarbów wyspy.

Warzywa też próbuję różne. Ale do dzisiaj nie wiem jak się te „ichniejsze” nazywają. Jest tu troche takich ogórko czy cukinio podobnych. Znane nam pomidory, ogórki, sałaty i papryki zajadamy w ogromnych ilościach kładąc na bagiety czy krojąc w sałatki. A specem i mistrzem Okrasą jest w tym Kuba. Takimi posiłkami staramy się zamykać dzień, a raczej witać noc bo dosyć późno je spożywamy. Za to zaczynamy opóźnionym śniadaniem, często już po treningu czy aktywności. Zachowujemy przez to przynajmniej 12-godzinny post od żarła. I dobrze nam z tym. W miare przemyślane, dopasowane do zajęć i pory dnia posiłki przygotowujemy na jednopalnikowej kuchence. I też dobrze nam z tym. Mięsożerny Kubuś nawet odpuścił ssaki i… też dobrze mu z tym, póki co. Ten tydzień zaczął z taką petardą, że szok.

Jak chodzi o jedzonko już nieco mniej żywe i poddane obróbce cieplnej (czyli nieco przetworzone) to nie jadłem specjałów wyspy. Może dlatego, że creolskie jedzenie to raczej z mięsiwa na azjatycki sposób zrobione (curry, spicy). Dużo przewija się tutaj sajgonkopodobnych badziewi. Na jednym targu dorwałem nawet taką vege z pasztetem z cieciory lub soczewicy. My robimy na naszej kucheneczce przeróżne dziwasy z ryżem, makaronem i ziemniakami. Hitem jest mus’ik, czyli ryż z owocami przyduszonymi. Z dodatkiem mleka kokosowego, chia czy rodzynek tworzy niezłą poprawkę okołotreningową. Poniżej galeria szafek, ktorę są dowodem, iż razem z Kubą radzimy sobie całkiem nieźle⬇⬇⬇⬇

Mus ryżowo- owocowy

Tak więc, by sprostać wielozadaniowości tutaj mi zaproponowanej muszę szukać kopa w zdrowym jedzeniu, pozytywnym myśleniu, chodzeniu na boso oraz unikaniu wampirów energetycznych. Brak słońca mi tutaj nie grozi

Zapomniałem dodać, iż na początek tygodnia odbyliśmy także test na koronawirusa. Tak, na tą śmiertelną chorobę przenoszoną drogą medialną. Patyczek w nos, łezka poleciała, nastepny dzień negatywne wyniki i…chulaj dusza. Wstęp na tor mamy zaklepany, możemy sie ściskać, przytulać i jest gites. Ciekawe tylko co by wyszło w razie pozytywa, lub nieokreślańca. A taki już mielimy. Trzeba by było kogoś izolować, koniec ze zbliżaniem i ciekawe czy z rozmawianiem także. Pojebane to bardzo.

Najlepszy gabinet jaki miałem

Wietrzenie głowy na wyspie

Żyjemy dalej. Pracujemy, aż się z dupy dymi. Obowiązki, fizjoterapia, trenerka mnóstwo informacji, Covid, odwoływanie lotów, logistyka, zwroty akcji,…łepetyna pełna. Ja osobiście takiego intensywnego obozu nie przeżyłem. No może w Tokio jak mnie w koszulkę team lidera ubrano. Wtedy odczułem na własnej skórze, że im więcej bierzesz na siebie, tym zrzucasz odpowiedzialność innym z barków. Inaczej mówiąc Ty się przepalasz, inni mają wyrypane. I jeszcze będą narzekać, o decenianiu nie wspomnę. Cóż, taki głupi gatunek z nas człeków jest. Ale dobra, nie o tym tutaj. Zmierzam do tego, że znalazłem sposób (w sumie to nic nowego) by ten łeb wywietrzać. Są to góry. Na środku wyspy. Frederick nakreśla plan, Piotrek go weryfiikuje, a ja go z nim realizuje. I dopinam logistycznie, czyli jak tam dojechać, kiedy wrócić i przy tym rozpisanej pracy nie naruszyć.

Pieszy start o wschodzie słoneczka
Kawunia przed wyprawą

Trzeba to robić, kiedy inni śpią. Ale z tym nie ma było problemu. Zamiast wiercić się w łożku wolę gnać w góry. Tam nie ma zła. Nie ma Covida. Nie ma ludzi. A Ci męczą najbardziej. Kolejny plus taki, jak gdzieś powyżej wspomniałem, kilka godzin po wschodzie słońa, chmury zmierzają w góry. Tak się zawieszają na resztę dnia. Więc my robimy im miejsce i wtedy już wracamy.

Tym razem celem jest Gran Benare. Drugi co do wysokości szczyt na wyspie. 2900 bez dwóch metrów. Dojście łatwe. Nawet bardzo. Na pięć godzin słupki pokazują. My w 4,5 robimy tam i z powrotem. Po drodze edukując się trochę w historii niewolnictwa, zatrzymawszy się przy wielkich studniach zrobionych przez nich by Madame Dessbasys miała lód do chłodzenia się w Saint Gille umiejscowionym kilka kilometrów poniżej. I to właśnie miasteczko było cały czas wędrówki za naszymi plecami. Dostrzec można było rafę koralową cjroniącą dostępu do plaży. Zarówno dla statków w przeszłości i…rekinów w teraźniejszości. A właśnie, chyba nie wspomniałem, iż mnóstwo rekinów tutaj grasuje. Na które dostałem wyraźny zakaz w pierwszy dzień. „Peter, don’t fight with the sharks” – rzekł stanowczo Freder. I miał rację. Bo tu ginie trochę ludzi w paszczach żarłaczy. Przyciąga ich chyba słodka woda spływająca z gór. Inna teoria głosi, że wciąż czekają na dobrą wyżerę z ludzkich ciał jak to było po pewnej katastrofie lotniczej nieopodal brzegów wyspy. A może ciągnie ich do rumu?

I tak rozmyślając, rozkminiając, pozwalamy by myśli płynęły, a nogi niosły mu szczytowi. Zapieprzamy nie da się ukryć. Pioter szczególnie. Mocny ten mały człowieczek. Pomimo problemów z achillesem śmiga jak kozica. A tak wogóle to wydaje mi się, że daje się ponieść w górkach. Po mojemu to wydaje mi się, że trochę brawury ode mnie zabrał, ale oddając mi trochę rozsądku. I tak się równoważąc nieco, dopasowaliśmy do górskich wyprawek. Naspeedowany Piotr czeka na skrzyżowaniach szlaków, pozwalając mi uspokojonemu Piotrowi iść swoim tempem. Anyway szczyt zdobywamy razem. A ten wywiera na nas mega ogromne wrażenie. Może nie sam szczyt. Ale aura. Widok. Cisza. Bezchmurność. Potężne góry przed nami, nie mniejszy Ocean za nami. I samoloty pod nami. Te komercyjne awionetki donkraterów wlatujące I portfel wychudzające. Jest booooskooo!

Po kontemplacyjnej chwili, zjadamy po bananie🍌 i hola w dół. Tempo jak zawsze ponad przeciętną. 11 przed południem, a my na dole. Jest niedziela. Odpocznijmy może od codzienności jeszcze. Wspólnie decydujemy zrobić to na plaży. Przy oceanie. Przy rafie. Zasłużenie spijamy pianę i słoną wodą zmywamy z siebie jeszcze bardziej słony pot. Przegryzamy bardzo drogimi (covidowe doliczone) lodami🍨 w szklanej muszli – znacznie przesadzone Affogato. Tyłki zamoczone, kąpanko zaliczone. Pływać się🏊 nie chciało. Chyba wciąż uraz, po tym jak przed laty w Biarritz Ocean wciągał mnie w swoją otchłań. Głupi to ja byłem, ale chyba coś pokory nauczyło. Teraz wolę na niego patrzeć i słuchać szumu rozbijających się o brzegi fal. Cóż, starzejące się gatunki tak mają😉.

    

Life goes on

Dni mijają. Nawet zapierniczają. Coś jak dzień świstaka. Jednak próbuje je urozmaicać. Rower znacznie mi w tym pomógł. Rozpiska treningowa również. Z porannych treningów o 8, zmiana na południowe o 11. Słońce w zenicie. Niebezpieczne. Przekonuje się o tym na własnej skórze na…głowie. Godzina bez czapki i czacha dymi. Niefajne uczucie palenia pod kopułą. Niczym żel do włosów, wcieram mnóstwo aloesu w skalp. Przyjmuje cierpienie. Sam sobie to sprawiłem.

Czacha dymi, w gardle pali
Familijna langustynka
Dragon fruit&mango
Słodki Jaques

Akceptuję i cieszę się dalej życiem na wyspie. Robieniem szamek, codziennymi rytuałami yogopodobnymi, rozprawianiem i grą w szachy z Samurajem, szumem fal oceanu, rowerowaniem po uliczkach Saint Andre, wymianą uśmiechniętych spojrzeń z przemiłymi ludźmi. I experienced some people goodness everyday. Czasem bardzo zaskoczony. Jak choćby kolesiem krzyczącym i niemal wskakującym mi pod koła bicykla ostrzegając o rozsypanym szkle, przybijane żółwiki z wyglądającymi na zakapiorów ciemnymi Reuniończykami, Paracetamolek podany przez Jeanego na mój spalony łeb z zaleceniami dwa razy dziennie, mocnym pozytywnym nastawieniem tutejszych ludzi otwartych na pomoc i traktujących wszystkich z góry jako dobre istoty. A czyż my Polaczki nie zakładamy z góry, że ktoś chce nas wydymać lub skrzywdzić? I czy u nas nie za często występuje złożyczenie? No dobra, pewnie przesadzam. Ale mam wrażenie, iż tutaj mniej tego.

Pojedynek Proamatorów szachów
Miejsce upamiętniające osobistości mające wpływ na ludzkość
Ola z zadowoleniem trenuje trudne układy bramek

Chapter only for adults

Ze względu na treść i wyostrzoną wyobraźnie czytającego oraz piszącego ten rozdział znajduje się Tutaj

Last week, last trip, last diner

Rozpoczynamy ostatni tydzień. Ten kończymy pikantną kolacją ze skorupiakami dodającymi temperatury do mojej palącej się już pod kopułą dyńki.

Z każdym kolejnym dniem doświadczam więcej dobra od moich gospodarzy. No szok, jak oni otwierają dla nas serca ❤❤. Próbuje lepiej zorganizować się w ten tydzień. Nie latać jak porąbany, ale na spokoju wykonywać zadania. I tak grupuje, pracę fizjo, pracę trenerską, pracą gastronomiczną – a w tej inicjatywę przejmuje Kuba robiąc wyborne sałatki. Co wieczór wjeżdża nowy składnik. I coraz to późniejszy wieczór. Ale co tam, mogę się trochę inaczej pożywić wychodząc z założonych sobie wcześniej ram. Nie preferuje późnych kolacji jednak tutaj jak tubylcy robię to i…nie narzekam. W Polsce powrócę do spania o luźnym żołądku.

W ciałach atletów coraz więcej kortyzolu i stanów zapalnych czyli coraz więcej potrzebny ja. Jednak udaje mi się nie zaniedbując chyba nikogo ogarnąć te sprawy i jeszcze napić się przy okazji superpysznej kawki affogatki, jak choćby z dziopami na foci poniżej.

…oraz chodokami i wylaniem na siebie poniżej

Frederick (to już nasz obozowy guide) wytycza ostatni „must be” szlak. Jest nim pionowy niemal trekking na LaRoche. Niesamowity i jak dotąd najbardziej stromy dla mnie szlak ever.

W ekspresowym tempie zdobywamy ciekawy szczyt. Jak poprzednio Pioter czeka na mnie przy ataku szczytowym. Na Roche (skale) niesamowite grawery. Jest ślicznie.

Schodzimy. Raczej zbiegamy. Tempo błyskawiczne. Teraz ja wiodę prym. Z kamyczka na kamyk zlatuje jak jeleń i czekam w aucie na Piotera. Już po napojeniu i poinformowaniu zniecierpliwionego Kuby o lekkim spóźnieniu. A trening rozpoczyna sie o 11:00.

Zwierzaki, skorupiaki itp.⬇⬇⬇

Tydzień i zgrupo ma się zakończyć zawodami kajakowymi. A nazbierało się trochę nacji i jest się z kim ścigać. Włosi, Hiszpanie, Niemcy, Czesi, Słowacy i domaci Francuzy. A pomyśleć, że jeszcze rok temu nikt z tych sportowców nawet nie kojarzył tego miejsca. Covid time changes all.

Nasza reprezentacja spisuje się całkiem dobrze. Szczególnie nasze żenki wpisały się na medal; srebrny🥈 Natalii i brązowy 🥉Klaudii. A najlepiej wypada nasz reunioński support, w biało-czerwonych barwach. Te dziewczyny nawet przedarły się przez covidową bramę łamiąc zakaz wejścia na tor w ten dzień

Po zawodach rozdaje autografy tutejszej młodzieży. A to wszystko przez to, że mam ADHD😀.

Ten busy day urozmaica jeszcze przyjazd kolegi koleżanki Ludo z towarem. Spoko ziom🖐.

To be continued…

Do bazy wracam jak totalny turysta budzący zainteresowanie pobliskich „ciapatych”. Tym zarzucam z siebie napięcie i stres nazbierany podczas race’u. A zawsze taki jest.

W międzyczasie dolatuje do mnie foteczka z moimi małymi wojownikami walczącymi na śniegu w Ptaszkowej. Brrr…czeka nas zimno po powrocie.

A teraz jeszcze czeka nieprzyjemności wdychania „bagietki” w bariere krew-mózg by potwierdzić brak wirusa i możliwość wejścia na pokłady samolotów powrotnych. Wszyscy negatywni. A syres znów niemały. Nasuwają sie pytania: a co jeśli pozytyw? Czy ktoś chory czy nie przecież testy są do dupy i się mylą. A propos tego to już chyba milej w anus niż w nos by było. Porażka z tym i węszę w tych testach jakiś podstęp. Nie zdziwiłbym się jakby już mi coś podrzucono tą drogą. No bo jeśli noszę maseczkę by nie zarażać oddechem i śliną to dlaczego na miłość boską nie można testować z plwociny. Do rozkminy i dyskusji. W każdym bądź razie zielone światło na wylot na legalu.

Jeszcze ostatnia kolacja. Z super ekipą. Dodatkowo pojawia się Dominic (miejscowy) i kobieta. Również blanche, czyli biała. Tak zwą nas egzotycznych dla nich Europejczyków. Jest mega konstruktywnie, historycznie i full gastronomicznie. Chyba mi mięsko podrzucono, bo noc niełatwa i z dziwnymi snami.

Rano i tak dopinam swego i realizuje zadany sobie plan. Jadę do Saint Gille na szosówce. Tak, znów ujeżdżam bahrajnkę. Dzięki Martin za nią. 70km pedałowania by wysuszyć łeb, rozbijać ciało przed długim lotem i… zagrać partyjkę z Samurajem. Ślicznie

A teraz już z całym taborem cyganów gotowy do odprawy na pierwszy lot kończę tę nudną i dużo za długą relację. Dzięki, że byłeś/byłaś ze mną.

I wish You to be there

Piter

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.